PIZD - Epilog

Płodzenie i zabijanie dzieci
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 2550
Rejestracja: 2014-09-23, 19:41
Tytuł: Bóg Losowań

PIZD - Epilog

Post autor: Gruby »

[09:20]
ROZDZIAŁ I - IMPERATOR W DOBRYCH RĘKACH
Umarł Imperator, niech żyje Imperator. Niegdysiejszy ród Hawkhead stanął na czele największego państwa świata, wiedząc, że pierwsze dni albo nawet miesiące po przejęciu władzy nie będą najłatwiejsze. Rody na pewno chciały wyrwać się z wpływów nowego władcy, Crowley i jego banda Doradców musiała ostrzyć sobie szpony i dzioby na rewoltę, plebs może poczuć że to jego szansa na obalenie supremacji błękitnej krwi, nie wiadomo jakie przeciwieństwa mogły jeszcze spaść na głowę biednego Astona.

Dlatego trzeba było działać szybko. Do tłumienia buntów oraz rebelii wyznaczona została Nella, córka sławetnego Cristobala un Podoreso Warmianina, powierniczka tajemnic Voodoo przekazanych przez Alfredę, a w dodatku wychowana przez wilki. Mając w sobie potężną siłę Warmianina, podstępność godną legendarnego Dr. Coveliera i dzikość dorównującą jedynie wściekłemu człowiekowi-krabowi, miała zadbać o wszystkie problemy zewnętrzne, jak i wewnętrzne, acz niedotyczące bezpośrednio Rodu Imperatorskiego.

Jej wyszkolone, elitarne oddziały w jastrzębich hełmach, wyruszyły w Imperium, aby szukać wichrzycieli oraz wrogów, którzy chcieliby zniszczyć ład, jaki nastąpił po przejęciu władzy. Na szczęście, poza paroma małymi buntami plebsu, nikt - ani inne rody, ani Doradcy, nie pokusili się na próbę podbicia terenów i wyrwania ich spod kontroli Imperium. Chociaż nie oznacza to, że w ogóle nie wzięli się za podboje, również w Imperium, i że nie doprowadziło to do napięć z Rodem Imperatorskim. To jednak przyjacielu historia, którą poznamy nieco później.

[09:21]
Nella zajmowała się problemami wojskowymi, ale głową całego Imperium był teraz Aston. Śmierć Imperatora wiązałaby się z tragiczną katastrofą wizerunkową i spadkiem zaufania, bez wątpliwości też dając innym rodom pretekst do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków. Na czele Imperialnej Straży stanęła Melba, zwana też czasami matką Melbasą z Galguty. Kobieta wielu talentów, która dotknięta była sześcioma różnymi legendami, a która podążała drogą ascetki, pomagając biednym i pojąc spragnionych. Jej opiekuńcza natura miała stawić odpór wszelkim wrogom i ochronić Astona, a że sama właściwie zajmowała się już teraz robieniem posiłków dla całego dworu, to Imperator nawet o jedzenie nie musiał się martwić.

To nie był jednak koniec działań mających zapewnić ochronę nowemu Imperatorowi. Po całym Imperium rozniosła się bowiem radosna nowina - Ród Imperatorski i ród Kręcigonów miały połączyć się węzłem małżeńskim, tworząc sojusz świni z jastrzębiem. Ród Kręcigonów, na czele którego stała już tylko trójka bohaterów: Lara, Pusia i Krzysztof, miał za sobą ciężkie czasy. Wieczne ataki odwetowe ze strony Aurinko, sprowokowane wcześniejszymi próbami dokonania skrytobójstw przez samych świniopasów, doprowadziły ród niemalże do wymarcia. Teraz jednak moneta się odwróciła. Wraz z małżeństwem podstępnego Gage z Rodu Imperatorskiego oraz Lary Kręcigon o kwadratowym biuście, ogłoszony został następca tronu - miał być nim właśnie Gage.
[09:22]
Nie można było powiedzieć, by połączenie rodów było symetryczne. Byli Hawkheadzi stanowili znacznie potężniejszą familię, dlatego Kręcigonowie zostali właściwie wchłonięci przez Ród Imperatorski i ich tożsamość z czasem miała zanikać, chociaż podtrzymywana świętami albo honorową gwardią. Kręcigonowie jednak wcale nie chcieli całkiem znikać z kart historii - owszem, chcieli połączyć rody, ale nie chcieli aby pozostało po nich tylko Święto Prosiaka. Byli Kręcigonami i Kręcigonami chcieli pozostać. Dlatego chociaż Gwardia Knurzych Rycerzy stała u boku Astona, chroniąc go razem z Melbą, a sam ród wiernie wspierał Ród Imperatora orężem, kłami, raciczkami i dobrym słowem, to czuć było pewne napięcie - szczególnie, kiedy zaczęło dochodzić do niesnasek o kwestie ziemi, majątku i samego nazewnictwa wżenionych Kręcigonów. Za parę pokoleń sprawa miała się i tak sama wyjaśnić, ale na razie sojusz miał w sobie nutkę goryczy.
[09:23]

[09:23]
Lojalność Kręcigonów miała okazję dosyć szybko być przetestowana. Jednego z burzowych wieczorów, do pałacu Imperatora, włamała się tajemnicza postać - kobieta skryta pod kapturem. Z łatwością ominęła straże, wykorzystując nieczyste sztuczki przez wielu nazywane czarną magią voodoo pozbyła się wszelkich służek mogących stanowić problem, a potem zakradła się do komnaty Astona przez okno. Ten akurat nie spał - w końcu trzeba trenować bicka. Zabójczyni, nie tracąc czasu na zbędne pogaduszki, rzuciła się na Imperatora, dzierżąc w dłoniach sztylety. Słysząc tumult i odgłosy walki, do środka wpadła Melba oraz Pusia Kręcigon, przewodząca Knurzym Rycerzom. Rozpoczęła się walka.

Zabójczyni dzielnie dawała sobie radę nawet z trójką przeciwników, jej ostrza tańczyły w powietrzu niby rzygańskie tancerki, a fetysze voodoo przewieszone przez kark odstraszały Pusię i jej wiernego dzika Pana Ryszarda. Melba robiła co mogła aby obronić swego Imperatora, a Aston przez większość czasu był zajęty szukaniem czegoś ciężkiego, zrozpaczony tym, że jego ulubiony hantel wypadł przez okno, kiedy rzucił nim w zabójczynię. Każdy cios skierowany na jego kark, gdy ten zaglądał pod łóżko w poszukiwaniu czegoś godnego jego potęgi, odbijany był jednak przez Melbę, Pusię lub kły Pana Ryszarda. W końcu, po dłuższej chwili, zabójczyni musiała salwować się ucieczką. Wyskoczyła z okna, a kiedy Melba i Pusia wyjrzały aby sprawdzić gdzie zniknęła, usłyszały tylko:
- Hantle leżą przy drzewie!
Pod posiadłością Imperatora znajdował się las. Aston mógł odetchnąć z ulgą.

Nie był to ostatni atak podstępnej zabójczyni. Średnio co parę miesięcy wracała, próbując zabić Imperatora. Pusia i Melba rwały sobie włosy z głowy, ale sam Aston mówił, że podoba mu się taki trening. Nie traktował przeciwniczki jako kogoś godnego, bardziej jako interesującą rozrywkę. Między zabójcą a celem wytworzyła się więź, jednak nigdy nikt nie odkrył jej tożsamości.
[09:26]

[09:27]
Myliłby się jednak ten kto myśli, że było to jedyne zagrożenie dla władzy Rodu Imperialnego. Ktoś zaczął rozpuszczać plotki o Astonie - i bynajmniej nie chwaliły one jego muskulatury. Ciche szepty zaczęły rozpowiadać, że wykorzystał ród Kręcigonów i że planuje posłać go otchłań niepamięci. Że sam nasyłał na siebie zabójczynię, aby sprawić wrażenie że ktoś czyha na jego głowę. Że zabierze wolności rodów i całkowicie je zniszczy. Że to Doradcy kontrolują jego ruchy. Że nie pozwoli by jakikolwiek "kawałek tortu" z ziem Imperium trafił w ręce innych rodów. Część z tych rzeczy okazała się w przyszłości prawdą, były jednak też inne plotki - że nie myje zębów, że sra w nachy, że o jaki wspaniały człowiek, do zlewu szcza. Rzeczy, które miały osłabić samego Astona i jego wpływy na dworze. Ostatecznie nie udało się dojść do tego kto był autorem plotek, ale też nie wpłynęły one za mocno na pozycję rodu Imperatora. Był po prostu zbyt silny, a zabrakło też innych działań, które mogłyby skutecznie podważyć jego władanie.

Tak wyglądały pierwsze miesiące po wybraniu Rodu Imperatorskiego. To nie był jednak koniec. W Imperium toczyły się działania wojenne, religijne rewolucje, niesamowite odkrycia oraz próby odkrycia tajemnic Doradców... o tym jednak moi mili, w kolejnym rozdziale historii...

ROZDZIAŁ II - ETNICZNO-RELIGIJNE NIEPOKOJE
[21:00]
Z Mordownii Shitkickerów rozległ się przeraźliwy śmiech.
- Już czas, aby zagrać w grę! Czas by zagrać w grę! Ha ha ha!
To był ten czas na który wszyscy Shitkickerowie od dawien dawna czekali, chaos i nieład jaki towarzyszył wybraniu nowego imperatora sprawił, że był to idealny moment na wyrównanie dawnych porachunków. Lemmy choć może nie tak zaangażowany w poprzednie kampanie wojenne, szykował już dawno misterny plan, który realizował odwieczne zamiary Shitkickerów, tak głęboko wpajane przez każdego Praszczura rodu, łącznie z Savage’m na czele.
Lemmy pomachał swojej żonie Nelli i wskoczył na swojego żelaznego, okutego w stal rumaka. W jednej ręce trzymał automatyczną kuszę, a w drugiej flaszkę ognistej whisky. Tuż przed nim na placu przed mordownią z sypiących się kamienic, zaczęli wychodzić inni Shitkickerzy i mniejsze jeszcze mniej znaczące rody, które były z nimi powiązane. Byli różnie uzbrojeni, niektórzy w stalowe blachy, inni zaledwie w przeszywanice, jedni dzierżyli kosy postawione na sztorc, inni mieli topory, miecze, kusze, albo muszkiety. Niezorganizowana banda złakniona krwi. Ale w tym szaleństwie była metoda.
- Tu chodzi tylko grę i jak w nią grasz. Tylko o kontrolę i czy możesz ją przejąć. Tylko o dług i czy możesz go spłacić. Tu chodzi tylko o ból i kto go zada!
Z tłumu rozległo się skandowanie.
- Gra! Gra! Lemmy! Lemmy! Shitkicker! Shitkicker!
Każdy zgromadzony wiedział już, dlaczego się tu zebrali, więc przerażający śmiech Lemmego i sygnał do ataku był już tylko powinnością.
- Ha ha ha!
[21:00]
Krwiożercza masa ruszyła w stronę dzielnicy bankowej, na której czele stał Lemmy. Bez trudu zmietli strażników, którzy pilnowali głównego wyjścia – nikt się tego nie spodziewał. A potem ruszyli na główny targ, gdzie pomiędzy bankami, stały bogate wille Żygan. Cześć rozwścieczonej masy wbiła na targ, jednak co bardziej zorganizowane jednostki Shitkickerów zajęły strategiczne miejsca na dachach. Na dachu jednych z kamienic pojawiła się Angela Shitkicker, której ciągle było wrażeń nawet pomimo rozległych poparzeń na jej ciele, a na drugiej wspiął się milczący Plague, któremu widok martwych żygan sprawiłby na starość wyjątkową radość, choć obecnie nie mógł już pełnić roli nestora rodu, wciąż wspierał aktywnie wszystkie przedsięwzięcia Shitkickerów.
Przez środek placu na Casa Żygana szedł Lemmy, otoczony przez mur wysokich pawęży z wyrytym Shitkickerskim butem. Szedł rozprawić się z głównym Nemezis jego rodu – rodem Żygan, którzy zawsze psuli Shitkickerom krew.
- Jestem grą, nie chcesz we mnie zagrać. Jestem kontrolą, nie możesz mnie przejąć. Jestem wysokim długiem, nie możesz mnie spłacić. Jestem bólem i wiem ze nie możesz mnie przyjąć!
- krzyknął Lemmy – wszystkie te słowa słyszał doskonale Nestor rodu Żygan. Chwilę później sprzed pierwszego szeregu wychyliła się pierwsza grupa uzbrojona w wielki taran. To był dopiero początek tej zabawy, zaraz miały podejść armaty, które jeśli taran nie dałby rady, będą mogły rozbić tą bramę i następną. Wtedy wielka masa, będzie mogła bez problemu wejść do środka i rozpocząć rzeź, wielką rzeź Żygan...

...
[21:01]

[21:02]
Ród Shitkicker od dawna już ostrzył zęby i noże na eksterminację Żygan. Nie wiadomo co stało u podłoża tej nienawiści - prawdopodobnie stare krzywdy rodu spowodowane korzystaniem z używek oraz "usług", które przed czasem reform były kojarzone z tą właśnie nacją. Dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, Lemmy Shitkicker obudził wszystkie uprzedzenia jakie skrywała tak szlachta, jak i plebejusze, aby dokonać wielkiej rzezi - takiej jaką planował dokonać przed laty, gdy temat Żygan trafił pod obrady przy imperialnym tronie.

Pierwszy atak był skuteczny, Shitkickerzy razem z poplecznikami zabili Nestora, najstarszego z Żygan, przewodzącego całej wspólnocie rozsianej po całym kontynencie. Nikt nie spodziewał się podobnej ofensywy, dlatego też parę kolejnych ataków na większe centra życia tejże nacji było zakończonych sukcesem. Jednak do czasu. Żyganie nie byli tą nacją co kiedyś. Czas spokoju, wzrostu gospodarczego oraz wsparcia ze strony samego Imperium, zaowocowało lepszym przygotowaniem i stworzeniem nowych gildii najemnych. Sam Imperator też nie przyglądał się biernie tym wydarzeniom. Onegdaj, członkowie rodu Hawkhead doprowadzili do uspokojenia nastrojów i nałożenia na Żygan ochrony. Dlatego po pierwszym zaskoczeniu agresją rodu Shitkicker, na ulice wyszła gwardia imperialna, wspierana przez Knurzych Rycerzy, aby bronić obywateli Imperium.
[21:02]
Imperator nie ukarał w żaden sposób rodu Shitkicker jako prowodyra całej akcji, ale zaprowadził porządek. Każdy atak na Żygan był surowo karany więzieniem, a wszelkie dzielnice uciśnionej nacji - chronione przez gwardię. Ród Shitkicker, po paru wizytach przedstawicieli Rodu Imperialnego, musiał się pogodzić z tym, że nie będzie mógł otwarcie prowadzić walki, jeśli nie chce aby jego ród nie został zmieciony z powierzchni ziemi. Lemmy musiał się ograniczyć do cichych skrytobójstw i podburzania ludu, lecz po pierwszym ataku i rzeziach, jego działania nie były aż tak skuteczne. Nikt nie chciał zostać pogryziony przez wściekłego dzika.
[21:03]

[21:04]
...

Kościół Moroka podupada... Takie wrażenie odnosił Vicente za każdym razem, kiedy udawał się do świątyni swego bóstwa w celach handlowych. W ostatnim czasie sprzedał sporo niewolników, tych śmieci. Zaśpiewał donośnie, najdonośniej jak tylko można było pieśń żygańską, której nauczył ich pan. Ceremonia rozpoczęta jak należy! Rozejrzał się po sali. Widział sporo pustych miejsc. To przykre. Nagle jakaś stara kobieta podeszła do niego, uklęknęła i poczęła błagać o jałmużnę. Jak nie przypierdolił jej z buta!
- Spieprzaj babo! - krzyknął. Kobieta po uderzeniu upadła, a potem ze szlochem próbowała wygramolić się ze świątyni. Ze złamanego nosa leciała jej czerwona krew. Vicente wzdrygnął się. Ohydne.
Wrócił do swoich rozważań. Czemu Kościół Moroka ma coraz mniej wiernych?
- Moją cnotą jest... - kapłan rozpoczął wyznanie wiary.
- Szybkość! - odparł prędko Vicente.
- Moją chlubą...
- Technika! - rzucił hardo Furioso i zarotował głową, tak jak i reszta wiernych.
Zrozumiał. Trzeba przebudować hierarchię. Utworzyć nowe biskupstwa. Postawić na wykształcenie kleru. Zbudować nowe, wspaniałe świątynie. To można zrobić!
Na chwilę odłożył myśli na bok. Ceremonia siódmego przykazania. Uwielbiał ją!
Każdy wierny podchodził przed ołtarz i groził spiżowemu dzikowi:
- TO CIĘ CZEKA, KURWO!
Vicente ruszył naprzód, przepychając się i rozstawiając ludzi dookoła. Jakiemuś staruszkowi to się nie spodobało, ale Furioso szybko go wyjaśnił:
- A Cartesiusa znasz, kurwa?
- Muszę iść pisać referat... Pisać recenzję pamiętników Cristobala Warmianina - spokorniał dziadek.
Resztę czasu w świątyni spędził na modlitwach i handlu prostytutkami. Kapłan zaintonował na koniec "Jesteś mężczyzną moich marzeń... Ruchasz koleżanki..." i Vicente miał już w głowie cały plan. Trochę podupczy, a potem... Potem dokona dzieła odnowy!

...
[21:05]

[21:06]
Wydawałoby się, że mało może łączyć ród dzikich fanatyków ze stepów i handlarzy-konkwistadorów zafiksowanych na zdobywaniu bogactw. A jednak, znalazła się taka rzecz - religia. Zarówno ród Khnagan, jak i ród Furioso, dzieliła wiara w jeden odłam religii, w boga Moroka (nie tego Moroka z Kręcigonów, po prostu Boga Moroka). Religia w Imperium nie miała jednego kształtu. Ludzie wierzyli na różne sposoby, używając różnych bóstw, rytuałów oraz modlitw. Te wszystkie wierzenia łączyła tak naprawdę tylko kwestia małżeństw oraz istnienie klasztorów.

Nadszedł czas by to zmienić.

Vicente z rodu Furioso oraz Baydu i Tolui z rodu Khnagan, opracowali wspólnie plan, mający uczynić wiarę w Moroka główną religią w Imperium. Vicente miał działać na poziomie państwowym, na wyższych szczeblach władzy i u szczytu struktur kościelnych. Baydu - na niższych szczeblach i wśród plebsu. A Tolui posłany został ku innym rodom, aby wyjaśniać im dlaczego Morok będzie objawieniem oraz przyszłością.

Cała akcja zakończyła się całkiem pomyślnie. Wiara w Moroka była dosyć dobrą religią, mającą jasne zasady (Dekalog) i charyzmatyczne bóstwo. Ród Imperialny też nie mógł narzekać, bo stabilizowała ona kwestie ekonomiczne oraz struktur społecznych. Nie można było się tedy zdziwić, że na wyższych szczeblach władzy, hierarchii kościelnej oraz wśród innych rodów, przyjęła się ona sprawnie. Każdy mógł znaleźć w niej coś dla siebie - ród Aurinko czy Kręcigonów poszanowanie prostoty oraz ciężkiej pracy (np. sprzedawanie paróweczek), ród Vulgarisów i Shitkickerów zamiłowanie do wolności oraz załatwiania rzeczy bez zbędnych praw, ród Gaussów wsparcie przedsiębiorczości, a wraz z nim rozwijania jak najlepszych idei na wolnym rynku... Wspólne działanie budzącego zaufanie Vicente i błyskotliwego Toluiego, przyniosło efekty. Wiara w Moroka stała się religią elit.
[21:07]

[21:08]
...gorzej jednak poszło z przekonaniem plebsu. Wysłana by przekonywać niższych rangą duchownych i plebejuszy Baydu, nie radziła sobie za dobrze. Po pierwsze, kiedy robotnicy, farmerzy i drobni rzemieślnicy słyszeli, że powinni zapierdalać 16 godzin za miskę ryżu bo takie są prawa wolnego rynku, to odczuwali lekki niepokój. Kiedy słuchali Baydu, mówiącej o tym że powinni jej dawać lepy na ryj za złe zachowanie, to również odczuwali konsternację. A najbardziej wkurwiało ich, kiedy Baydu próbowała wygłaszać modlitwy, ale co parę chwil się zacinała, zaczynała śmiać i nie mogła dokończyć (-Baydu nooo... - STARAM SIĘ! - Morok jest mężczyzną moich marzeń, ble, ble, co tam dalej? - O PYTIO ŚWIA... XDDDDDDDDDDDD - Ja pierdole).

Podsumowując - plebs nie był poruszony tą religią, a misja Baydu spaliła na panewce. Udało się jednak rozwinąć wiarę w Moroka wśród elit oraz najwyższych władz. Był to dobry początek oraz prognostyk na przyszłość. W końcu przykład szedł od góry... a skoro większość osób błękitnej krwi już wierzyła w Proroka, to czego więcej było potrzeba do szczęścia? Za jakiś czas powstaną klasztory poświęcone jedynie wierze w Moroka, a z czasem już istniejące zakony przejmą tę praktykę. A jeśli nie będą chciały - będzie kto miał opłacić stosowne łapówki, aby szerzyć jedyną, prawdziwą wiarę.

ROZDZIAŁ III - A WIĘC WOJNA...
[11:11]
Okres ataków na Imperatora i niepokojów religijno-etnicznych nie mógł się obyć bez prób wyrwania dla siebie nieco nowych ziem. Wykorzystując to że Imperator był zajęty wieloma sprawami związanymi z przejęciem całego państwa, poszczególne rody postanowiły wykorzystać okazję i zagarnąć nieco terytoriów dla siebie. Szczęśliwie dla Imperatora Astona - większość wypraw wojennych, a właściwie niemal wszystkie, wyruszyła na niezbadane dotąd tereny, tereny należące do wrogów waszego kraju bądź w celu poszerzenia granic samego Imperium.

Zacznijmy od przygód rodu Methtopanów. Dwójka, a jakże, dzieci z jamniczego rodu - Szafot i Szczypczyk - wyruszyła na poszukiwania ziem, które ich familia mogłaby nazwać swoimi. W wyprawie miał ich wesprzeć najnowszy wynalazek opracowany przez Rand. Jamniczy korbacz. Ta legendarna, potężna broń składała się z paru jamników (ich ilość można było zmieniać), które łapiąc się pyskami za ogony tworzyły potężny bat. Używać go mogli tylko Methtopanowie, a sprytne, wytresowane zwierzęta o autonomicznych intelektach, łatwo odnajdywały słabe punkty wrogów, gryząc ich po odsłoniętych tętnicach lub, hi hi, siusiaczkach

Szafot, Szczypczyk i Rand wyruszyli na morze - nie byli najsilniejszym z rodów, dlatego musieli odnaleźć terytoria o które Imperium nie będzie nadto zazdrosne. Popłynęli na północny-zachód, ku terenom które dotąd nie były odkryte podczas ofensywy na Pirów. Niestety, wyprawa nie przebiegła do końca tak jak planowali.
[11:12]

[11:12]
Na ich drodze stanął bowiem statek rodu Aurinko, ciągnięty przez oswojone narwale. Na jego dziobie stał Ari Aksel, potężny czempion familii, a otaczali go pobratymcy uzbrojeni w półtoraręczne kijki narciarskie oraz rakiety dwuostrzowe. Załoga statku Methtopanów przygotowała się do walki, widząc że inny ród nie ma przyjaznych zamiarów. Stojąca na czele oddziału Rand krzyknęła do Ari Aksela:
- Dlaczego nas atakujecie!? Nasze rody żyły w pokoju! Chcemy po prostu zdobyć własne ziemie do hodowli jamników! Dlaczego to robicie?
Oczy Ari Akselego błysnęły okrutnie, kiedy ten oblizał wargi wysuszone od słonej, morskiej bryzy. Jego potężny głos wyjawił rodowi Methtopan powód tak okrutnej, niespodziewanej ofensywy:
- Bo czemu nie XDDDDDDDD
Po czym ruszył ku chwalebnej bitwie.

Walka była długa i ciężka, a siły wyrównane. Krew wściekłych, wygłodzonych fok rodu Aurinko i tresowanych jamników manewrujących (powietrze-woda) zabarwiła morze dookoła statków. Na pokładach statków powietrze cięły jamnicze-korbacze i półtoraręczne kijki narciarskie. Dzięki wynalezieniu tych pierwszych, ród Methtopan miał po jakimś czasie wyraźną przewagę. Aurinko zaczynali przegrywać.
- Ej kurwa xddddd!
Krzyknął Ari Akseli, zwracając na siebie uwagę wszystkich na statku. W swych potężnych dłoniach dzierżył głowę Szafota, unosząc go nad ziemią. Szczypczyk i Rand zamarli. Było już za późno. Ari ścisnął głowę Szafota z całej siły... i nic się nie wydarzyło. Miał za mało pary w łapie. Widząc, że za wiele tutaj nie poczyni, a jakoś trzeba się uchronić od przypału, wsadził palce w oczy Szafota, trwale go oślepiając. Odrzucił jego ciało na bok, po czym wydał rozkaz do odwrotu.

Statki Aurinko ciągnięte przez narwale natychmiastowo umknęły z zasięgu Methtopanów. Rand i Szczypczyk opatrzyli Szafota czując że dalsza wyprawa wcale nie będzie łatwiejsza.

...
[11:13]
W końcu jednak dotarli. Natrafili na brzeg ziem, które nie zostały naniesione na żadną z map. W późniejszych latach okaże się, że dopłynęli do dupy strony wyspy, pod jej ogon, do regionu który w przyszłości nazwany zostanie Zatorzem. Pierwsze zejście na ląd, pierwsze obozowiska... i pierwsze kłopoty. Wyspę zamieszkiwał dziwny lud - żywiący się gnojówką i piwem Kormoran, ukrywający się na bagnach i mówiący w dziwnym dialekcie. Lud, który nie chciał łatwo oddać władania nad swymi ziemiami.

Methtopanowie przez wiele lat zwalczali tubylców zajmując kolejne tereny. Niestety, w trakcie tej wojaczki zginął Szafot - został on zaciągnięty w bagna przez tubylców, którzy przerobili go na pszną krew z uszkami. Ostatecznie jednak udało się podbić większą część wyspy, która, jak się okazało, była chyba stworzona dla Methtopanów - nawet jeśli chodzi o kształt. Co więcej, odnaleźli oni tam ślady bytności Potężnego Warmianina, sir Christophera Connona, a nawet jego dziennik, gdzie opisywał swój stosunek do ziemi na której byli (https://www.olsztyn24.com/news/2871-krz ... akiem.html).

Methtopanowie znaleźli swoje małe gniazdko, ustronną wysepkę, gdzie mogli hasać po bagnach z pieskami i polować na kormorany oraz kłobuki. Nazwali ją tak, jak opisane było w kronikach Christophera Connona - Olsztynem - a jedynymi problemami o jakie musieli się martwić to ataki piratów z nowozałożonej kolonii na wschodzie... o czym za chwilę. Rysa na stosunkach spowodowana ofensywą Aurinko podczas poszukiwania ziemi obiecanej, sprawiła że Methtopanowie zapałali nienawiścią do swych ziemniakolubnych krajan, i nigdy nie wybaczyli im okaleczenia jednego ze swoich.

...
[11:14]

[11:15]
Jerome skończył medytować, choć lubił czasem wypić, to przed większym wydarzeniem wolał się wyciszyć w przeciwieństwie do większości Shitkickerów. Zawsze był nieco odmienny – co prawda Shitkickerowie na tle innych rodów zawsze odstawiali, ale on nawet nie pasował do Shitkickerów. Nigdy go nie pasjonowały burdy w karczmach i strzelanie do Żygan – on zawsze czuł jakieś inne powołanie. Wyczuwała to na pewno matka - Marnie, bo w przeciwieństwie do powszechnej reguły jaka panowała w tym rodzie, ze dzieci mają same o siebie zadbać, Jerome trafił do zakonu rycerskiego, by mógł opanować swoje niezwykłe umiejętności. Wpojono mu wiele świętych nauk, nauczono ascezy i mistycznej wiedzy, tak by jak najlepiej przygotować go do jego przyszłej świętej świętej misji. Jednak głęboko zakorzeniony sceptycyzm, rzucił go na dawne dotąd nie zwiedzane ścieżki. Jego o wiele potężniejszy kontakt z wielką matką – matką naturą – sprawił, że nie mógł iść drogą świętych rycerzy. Ale to nie znaczyło, że jego krucjata przestała trwać. Dopiero się zaczynała...
[11:15]
Świat w jego przekonaniu zawsze chylił się ku upadkowi. Żyli w żelaznym wieku – Kali Yuga. Stal, proch, powietrzne statki, dziwne Gaussowskie eksperymenty, wielkie podboje Hawkheadów, i Furioso, którym służyły pomniejsze rody. Wszystko to okupione krwią, ogromną ilością krwi, zarówno tej błękitnej i czerwonej. On chciał to zmienić. Stworzyć miejsce, gdzie będzie można żyć, może i hardo, ale na swoich zasadach. W zgodzie z naturą i sobą. Gdzieś gdzie spuścizna krwi nie będzie decydowała o wartości człowieka, wyznaczać ją będą wrodzone cechy charakteru – tak powinna być tworzona nowa arystokracja. Jerome zawsze nosił się z tymi przekonaniami, wiedział jednak, ze są zupełnie wywrotowe. Znalazł jednak ludzi, którzy je podzielali. Znalazł wsparcie w osobie swej kuzynki Marii, a także części Gaussów, z którymi utrzymywał kontakty jego daleki wujek Guattari, przekleństwo krwi jednak nie pozwalało mu towarzyszyć w wyprawie Jerome, jego miejsce było w stolicy. Byli także inni towarzysze, którzy pochodzili z mniej ważnych rodów, albo nie mieli ich w ogóle. Celem Jerome była północ – dotąd niezbyt znane ziemie na zachód od ogrodzonego murem chanatu. Mając kilka statków mógłby ominąć mur i tam założyć małe państewko, nie oszukujmy się – po prostu piracką mieścinę, która mogłaby utrzymywać się z napadania statków płynących do stolicy. Ale z czasem kto wie, Jerome chciał ucywilizować takie miejsce i zamienić w krainę do życia. Najął pierwszy statek, dwumasztowy slup, nieduży, ale zwinny – mógł pomieścić 10 dział z każdej strony. Nie była to duża liczba, ale mając sprawnego kapitana bez problemu mógł wymanewrować większe jednostki.
[11:15]
Na horyzoncie widać było łopocący żagiel, nim Jerome zdołał przez lunetę zidentyfikować flagę jednostki, slup został postawiony w gotowości, obudzono drugą wachtę. Statek należał do nowo wybranego Rodu Imperialnego. Jerome chwilę stał szacując moc salwy burtowej tamtej jednostki, gdy szybko wydał rozkazy.
- Wywiesić flagę Hawkhead. Będziemy ich mieć po zawietrznej, więc odetniemy im wiatr. Niech tylko ktoś przedwcześnie wystrzeli, osobiście się nim zajmę.
Było to niezwykle ważne, chcieli sprawiać wrażenie sojusznika, jednak nim podniosą część żagli, by móc odpalić salwę burtową na pełnej prędkości musieli wyczekać przeciwnika. Gdy zrobią to za szybko, statek zdoła ustawić się w korzystnej pozycji, gdy zrobią to za późno oni nie będą mogli tego zrobić.
- Już – postawić banderę Shitkicker. Przygotować się do zwrotu. Statek na prawą burtę. Przygotować się do strzału! Cel! Pal!

...
[11:16]

[11:16]
Ród Imperialny był wściekły. Po raz kolejny Shitkickerowie nacisnęli mu na odcisk - był to kolejny akt rebelii po zamieszkach z Żyganami, a stanowiący preludium do wielkiej zdrady podczas ataku na Afrabię (o czem w dalszej części, drogi czytaczu). Jerome i jego poplecznicy stali się wrogiem numer jeden w Imperium, a za jego głowę wyznaczono wysoką nagrodę. Samo Miasto Piratów uznano za wyjęte spod prawa i w przyszłości planowano atak na nie.

Na razie jednak Jerome nie miał się czym martwić. Nie bez powodów wybrane przez niego tereny były niezamieszkałe tak przez Wikingołów, jak i przez inne rody. Wysokie, mroźne lodowce, okrutne klify i ciężka pogoda, w dodatku zdradliwe nurty oraz wiry wodne... tylko najlepsi piraci oraz żeglarze mogli wytrwać w tych warunkach. Miasto musiało być położone nieco dalej na północy, aby jak najbardziej utrudnić ataki wściekłego Imperium. Każda wyprawa prowadzona z tych ziem wymagała wielu miesięcy przygotowań, a opuszczenie tej krainy było dopiero początkiem problemów. Imperator nie miał bowiem zamiaru dawać piratom łupić bezkarnie swoich statków. Wzmocniono ochronę konwojów, każdy statek był chroniony przez silne oddziały. Ciężka sprawa. Od czasu do czasu Jerome z towarzyszami-piratami wyprawiał się na zachód, aby atakować Methtopanów i inne wyspy Archipelagu Pirskiego, jednak nie były one zbyt bogate w surowce.

Jednak raz na parę lat wyprawy się udawały. Statki wracały obładowane kosztownościami oraz jadłem, a bohaterowie na ustach mieli wiele przygód oraz opowiadań. Jerome spełnił swój cel - stworzył miasto, które żyło wedle własnych praw i którego ludzie byli wolni. Z czasem też stało się ono domem całego rodu Shitkicker. Nie było to miasto gdzie żyło się łatwo. Nie było to miasto pełne sukcesów, nie było to miasto przed którym drżało Imperium. Ale było to miasto, gdzie każdy mógł spróbować swych sił w wojaczce i przetrwaniu - niezależnie od krwi którą posiadał.

...
[11:20]
Wcześniej wspomniane było o ataku na Afrabię - wróćmy więc do tej historii. Połączone wojska rodu Shitkicker i Furioso postanowiły wyrwać dla siebie część ziem Protektoratu Afrabskiego. Ród Furioso chciał zdobyć zwierzchnictwo nad tymi terenami i wykorzystać je do pozyskiwania surowców - bez denerwowania Imperatora i wykorzystując raczej dyplomację. Shitkickerowie myśleli bardziej o sławie i jatce, chcąc zbudować swą legendę jako dzielnych zabijaków. Podział był prosty - tereny pod plantacje, cukier i niewolnicy dla Furioso. Trochę niewolników i chwała dla Shitkickerów. Plan również był prosty - wejść z wojskami, podbić dzikusów i zdławić ich opór, a potem wykorzystać jako tanią siłę roboczą.

Wojska obu rodów stanęły na granicy Protektoratu, po czym wkroczyły na południowe ziemie, niosąc śmierć, niewolę i... zyski. Podboje były aż za proste, trudno było w nich znaleźć chwałę, której poszukiwał ród Shitkicker. Jednak w pewnym momencie walki ustały. Na tereny podbijane przez sojuszników wkroczyła bowiem Gwardia Imperialna.

Protektorat nie był dziką, obcą ziemią. Był częścią Imperium. Rządził tam wyznaczony przez Imperatora namiestnik. Ludzie tam żyjący, byli de facto obywatelami Imperium. A rody Furioso i Shitkicker wgryzły się w te ziemie jak dzik w żołędzie, mordując i niewoląc mieszkańców jak gdyby nigdy nic. Reakcja była szybka i zdecydowana. Wojska Imperatora otoczyły żołnierzy Furioso i Shitkickerów. Jednak nie wszystko poszło tak łatwo jak się wydawało.

Xtina Shitkicker nie odnalazła glorii w walce z plebsem u boku Vulgarisów. Miała jednak teraz przed sobą godnego przeciwnika i perspektywę śmierci pełnej chwały w walce z wyzyskiwaczami oraz "władzą"? O czymże więcej może marzyć porządny, szanujący się Shitkicker? Bez chwili wahania Xtina wydała rozkaz do ataku na wojska Imperatora. Nikt się tego nie spodziewał - ani sojusznicy z rodu Furioso, ani sami żołnierze Astona.

[11:21]
Bitwa nie była długa. Wojska Shitkickerów rozgromiły zaskoczonych oponentów, a potem umknęły na południe, śpiewając:
- Temperatura rośnie. Czujesz ją? Zaczyna wrzeć! Wezmę swoje dziewczyny, Ty weź swoich chłopców. Zróbmy jakiś hałas!

Ród Furioso nie spodziewał się takiej zdrady. I choć miał wystarczająco sił aby zdobyć nawet całą Afrabię dla siebie - był w końcu drugą, najsilniejszą familią w Imperium - to postanowił usiąść razem z rodem Hawkheadów do stołu, aby pokojowo omówić perspektywy. Dowodząca inwazją Rosa była głównym głosem w rozmowie z reprezentantami niegdysiejszych Hawkheadów. Ostatecznie, po miesiącach konsultacji oraz układów, udało się uzyskać porozumienie. Ród Furioso otrzymał część północy Protektoratu w dzierżawę. Mógł tam zarządzać handlem, a nawet mieć niewolników - chociaż nie mógł ich robić z obywateli Imperium, a raczej z więźniów czy tubylców z kolonii. Nie były to jednak ziemie stricte rodu Furioso. Ród Imperatorski sprawował nad nimi realną władzę i bardzo czujnie nadzorował swego największego konkurenta. Dodatkowo ród Furioso został zobowiązany do stawiania odporu zbuntowanemu rodowi Shitkicker. Zdobyte trakty i najbogatsze tereny umożliwiły jednak Furioso na wzmocnienie handlu i przejęcie kontroli nad przepływem towarów z południa, co w przyszłości stanowiło wspaniały początek do rozwoju kompanii handlowej...

Po tej zdradzie, jak i poprzednich problemach, ród Shitkicker nie miał co liczyć na bezproblemową bytność w Imperium. Część Shitkickerów wyjechała na północ do Miasta Piratów, by żyć tam życie wolne, acz ciężkie. Reszta umknęła na południe, do nowozałożonego mikro-państwa, Chuja Xtiny. Zbuntowana Xtina specjalnie tak nazwała to państwo, aby wkurwić Astona i cały Ród Imperialny, wyznaczyła też granice nie patrząc na realne walory geograficzne czy etniczne, po prostu chciała aby wyglądało jak kutas.
[11:21]
Chuj Xtiny oczywiście nie mógł długo zostawać twardy. W przyszłości Imperator wpadnie tam ze swoimi wojskami i zrobi porządek, a co bitniejsi członkowie rodu Shitkicker dostaną swą ostatnią, pełną glorii i walki o wolność walkę. Ale na razie ładnie wyglądał na mapach kartografów, a doradcy mający przekazywać wieści o losach południa zawsze rumienili się mówiąc jego nazwę.

...
[11:22]

[11:22]
Piękna krzywa dzwonowa lśniła w świetle słońca, wyszyta srebrnymi nićmi na żaglu flagowego galeonu "Torszwik", który dzielnie sunął przez fale. Quattria wkroczyła na rufę, uśmiechając się do mijanych członków załogi. Spojrzała na płynącą za jej okrętem flotę: po prawej "Embruś", szybka fregata, doskonała do zwiadu, dwadzieścia dział. Po lewej "Nasieniusz", potężny galeon starego typu, jeden z najstarszych we flocie. Dużo było pracy z jego modernizacją, Ivarowna osobiście kontaktowała się z rodem Furioso, by można było ją przeprowadzić w ich suchych dokach, w których powstała znaczna część wielkiej armady, która pokonała Pirów. Dzięki modernizacjom udało się podwyższyć o 36% powierzchnię żagli i zastąpiono przestarzałą broń neurobalistyczną nowoczesnymi działami z gaussowskich ludwisarni, rozstawionymi na kilku pokładach. Quattria uśmiechnęła się - była bardzo dumna z tego, jak obecnie wyglądał ten okręt, a ta współpraca zaowocowała trwałym traktatem handlowym z rodem Furioso. Mimo że są z nich religijni fanatycy, to o dziwo negocjuje się z nimi całkiem rozsądnie.
Za "Nasieniuszem" płynął "Sakjawy", bliźniaczy okręt "Torszwiku". Prezentował się równie wspaniale co jej okręt, choć burty pomalowano na błękitno, zamiast zwyczajowej purpury. To mała ekspedycja, tak naprawdę zwiadowcza, jednakże ma zapoczątkować nową kolonię...

...
[11:23]
Ród Gaussów nie miał podobnych problemów co Furioso czy Shitkickerowie. Tu wszystko było klarowne - od samego początku zamierzali zająć niepodbity dotąd półwysep na zachodzie kontynentu. Ciężki klimat dżungli oraz ataki złowrogich Pirów sprawiły, że dotąd nikt nie zapuszczał się tam nadto. Tereny nie były też nadto bogate w surowce, a to co można było sprowadzić stamtąd, znajdowało się też na ziemiach Afrabii. Jednak teraz, gdy poznano Archipelag Pirski, nabrzeże mogło służyć jako świetna baza wypadowa do kolejnych eskapad na zachód.

Z błogosławieństwem Imperatora i w ścisłej współpracy z nim założono Wicekrólestwo Nowych Sakjaw, zarządzane przez ród Gaussów, pod ścisłym nadzorem Imperium. Ród wynalazców dokładnie zbadał nieodkryte dotąd tereny, znajdując wiele nowych surowców i stworzeń, a potem wyruszył ku zachodowi, by zająć się kolonizacją.

Gaussowie mieli teraz własny kawałek ziemi, gdzie w ciszy i spokoju (pomijając wrzaski małp i papug), mogli prowadzić swoje eksperymenty, odkrywać nowe rzeczy i działać na rzecz Imperium... A w przyszłości? Kto wie, może działać też na rzecz własnej autonomii...

...
[11:23]

[11:24]
Ród Vulgaris wzgardził współpracą z Imperium. To był czas na oddanie się w ręce Bogów. Starszyzna rodu, zamiast czekać na śmierć, postanowiła dokonać tego o czym marzyła od dawna. Wsiadła na swe mamuty i prowadzona przez Kelthuza, Pelle i Fenrisa, wyruszyła ku północy, za mur, by założyć osobne państwo na zgliszczach plemion Wikingołów.

Ofensywa... nie była łatwa. Wikingołowie nie byli łatwym do pokonania przeciwnikiem nawet kiedy do walki wystawiano najwybitniejszych wojów z Imperium, a tutaj do bitwy wyprawiono jeden ród. Za to ród, który najlepiej, obok rodu Aurinko, znał się na wojaczce w mroźnych warunkach. Vulgarisowie absorbowali taktyki Wikingołów, stawali się silniejsi i wytrzymalsi. Opłacili to krwią wielu swoich pobratymców - Pelle umarł podczas jednej z ofensyw, otoczony przez północnych berserków.

Imperium myślało, że Vulgarisowie oszaleli i wyruszyli za mury na śmierć. Przez lata nie było o nich żadnych wieści. Aż w końcu, u podnóża tronu Astona pojawił się posłaniec. Kelthuz przybył ku stolicy niesiony oddechem lodowej czeluści, po czym oznajmił, że Vulgarisowie od tej pory nie są już częścią Imperium. Założyli własne królestwo poza murami, na ziemiach Wikingołów. Początkowo wszyscy byli oburzeni tym aktem ogłoszenia niepodległości, ale po zastanowieniu się...
[11:24]
Vulgarisowie byli lepszymi partnerami do dyplomacji niż Wikingołowie. Nie napadali ziem Imperium. To co podbili nie było częścią Imperium, a ziemiami "straconymi", zastawionymi murem tak by odciąć je od reszty krain. Tereny przez nich zdobyte były jałowe i mroźne. Wikingołowie nie zostali całkiem wybici - Vulgarisowie nadal z nimi walczyli, tworząc bufor między nimi a ziemiami Imperium, a pogranicze od lat nie było tak spokojne jak teraz. Co więcej, Vulgarisowie stali się bardziej zatwardziali niż kiedykolwiek, łącząc swoją taktykę i siłę mamutów bojowych, z tym czego nauczyli się walcząc z Wikingołami. Prowadzenie konfliktu z nimi, poza wymiarem symbolicznym, nie miało sensu. Vulgarisowie mogli pozostać na swych nowozdobytych ziemiach.

Był jeszcze jeden ród, który połasił się na północne ziemie - familia Aurinko, pod wodzą Erenda, również przekroczyła mury. Nie oddaliła się jednak nadto, wybierając lesiste i jeziorne krainy tuż przy nich, aby założyć tam sanatorium-uzdrowisko, gdzie dzielni wojownicy Imperium mogli na ziemiach Aurinko znaleźć chwilę odpoczynku w saunach oraz na fotelach masujących Massaggio. Vulgaris i Aurinko koegzystowali na ziemiach za murem pokojowo... na razie...

ROZDZIAŁ IV - NAUKA I KULTURA
[20:39]
Imperium w czasie poważnych zmian nie obyło się też bez różnych zawirowań kulturalnych, technologicznych, naukowych, a nawet genetycznych.

Zacznijmy od tych ostatnich. Ostatnimi laty wszelkie rody obrodziły w odnalezione skryte tajemnice tych ziem. Legendy, które przez wieki były ukryte pośród kurhanów, dżungli oraz jaskiń wypłynęły na wierzch i teraz właściwie każdy ród mógł się pojawić kimś wyjątkowym - czy znającym sekrety Voodoo, czy z gałęzią wystającą z ryja, czy jedzącego kiełbasy lub oddającego mocz pod czujnym okiem ducha Sir Christophera Connona. A kiedy wszyscy są wyjątkowi to nikt nie jest.

Dlatego podjęte zostały odpowiednie kroki, aby osiągnąć coś więcej. Tak oto powstały dwie inicjatywy - jedna by sprawić aby cały ród był nadzwyczajny, druga aby stworzyć istotę potężniejszą niż jakikolwiek legendarny familiant do tej pory.

Za pierwszą inicjatywą stał Ród Imperatora. Młodemu Merlinowi, złotemu dziecku rodu imperialnego wobec którego było wiele oczekiwań, wyznaczono cel - sprawić aby wszyscy członkowie rodu byli nadludźmi i aby legenda tejże familii przetrwała na wieki. Merlin sam był jedną, chodzącą multilegendą - poznał tajemnice Dzieci Nocy, Klątw Voodoo, Spaniałego Warmianina Bożego i Dotkniętych Naturą, dlatego był najlepszym strażnikiem spuścizny. Przez wiele lat eksperymentował, chcąc sprawić aby on sam i inni członkowie niegdysiejszego rodu Hawkhead stali się kimś więcej - Nadludźmi, takimi jak Aston.
[20:39]

[20:40]
Wymagało to wielu testów, wielu ofiar i wielu prób, lecz w końcu udało mu się stworzyć całą procedurę, która pozwalała przemienić człowieka w istotę wyższą - silniejszą, sprytniejszą, wytrzymalszą i szybszą niż jakikolwiek inny człowiek. Aby udowodnić skuteczność procedury sam stał się potężnym pakerem, który jedną ręką mógł dźwigać najcięższe kręcigońskie knury-giganty, a nawet małe mamuty rodu Vulgarisów. Z czasem, określenie Nadczłowiek stało się synonimem Rodu Imperialnego. Każdy złotokrwisty potomek obecnie żyjącej, władającej familii miał atletyczną budowę oraz niesamowite możliwości...

Z drugiej strony, podobnego zadania podjęły się rody Furioso i Gauss. Vicente z rodu Furioso oraz Matria z rodu Gaussów połączeni zostali świętym węzłem małżeńskim, a potem zaprzęgnięci do roboty. Obydwoje poznali w ciągu swych żyć wiele legend, a dodatkowo łączyli w sobie krew najpotężniejszych rodów Imperium - Hawkhead, Furioso, Gaussów i Vulgarisów. W końcu, po rygorystycznym i codziennym żądleniu bożym, Matria zaszła w ciążę. Urodzone dziecię było idealne. Miało w sobie niespotykaną więź z naturą, heroizm godny krzyżowców z baśni, wiedzę ascetów, urok Sir Connona, urodę najpiękniejszych kobiet i, co ważne, cechy nadludzi, które z taką pieczołowitością pielęgnował Ród Imperialny. Dziecię nazwano Kwisatz Haderach. Kiedyś, w przyszłości, miało stanąć na czele obu rodów... jednak to historia na inną sesję oraz inne czasy. Teraz jednak wiadomym było, że młodemu nie szczędzono uwagi, a i zapowiadał się on nadzwyczaj obiecująco.

Tyle jeśli chodzi o eugenikę. Pozostając przy rodzie Gaussów...

...
[20:41]
Gaussowie od lat dzierżawili na swoje potrzeby skrzydło pałacu imperialnego. Było ono podzielone na część reprezentacyjną, z salonami, jadalniami i salą balową, część sypialną i prywatną, gdzie zawsze zamieszkiwała reprezentacja rodu na dworze, a także oficjalne laboratoria z wyjściem na poligon. Tam Gaussowscy wynalazcy testowali militarną broń palną, nierzadko doprowadzając do szewskiej pasji swych dworskich sąsiadów. Timorus przechodził właśnie przez poligon do składu prochu, gdzie znajdowało się jedno z dziesięciu ukrytych wejść do systemu tuneli, który Gaussowie tworzyli przez pokolenia. Tylko obdarzeni mocą telekinezy byli w stanie ominąć zabezpieczenia, nie uruchamiając pułapki - ale nawet ci musieli dokładnie znać sposób, by nie uruchomić ukrytego pistoletu. Kermitowicz zręcznie ominął potykacz, umieszczony tam w zasadzie tylko dla odwrócenia uwagi od bardziej wyrafinowanych zabezpieczeń, w długim korytarzu ostrożnie stąpał, by nie trafić na żadną z trzydziestu dwóch, własnoręcznie położonych płyt naciskowych, by wreszcie przytrzymać przycisk w ścianie, blokujący gilotynę w drzwiach przed nim. Trzy przeszkody później usiadł w twardym fotelu w swoim laboratorium. Wygodny fotel uśpiłby jego czujność, więc był niedopuszczalny. Warzenie nowej porcji trucizny - trzydziesta czwarta iteracja, tym razem z zawartością tojadu podwyższoną o cztery promile, a szałwi aż o procent - dobiegało końca. Zgodnie z jego przewidywaniami powinno to zniwelować pośmiertne czernienie tkanek, zdecydowanie utrudniając identyfikację użytej trucizny. Z dalszego pomieszczenia dochodziło go ciche popiskiwanie testowych spazmozlinów. To Skrytus zapoczątkował zwyczaj używania ich jako zwierząt testowych, po tym jak Gaussowie walnie przyczynili się do opracowania lekarstwa na zarazę. Timorus uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie swego mentora, naciągając do szprycy dawkę trucizny. Piski nasiliły się, gdy ruszył w stronę drugiego pomieszczenia...

...
[20:41]

[20:42]
Gaussowie wydawali się dobrym, przyjaznym rodem. Pomagali innym, przysłużyli się wielce podczas wojny z Maharadżatem, ataku na Archipelag Pirski i przy zwalczaniu skutków epidemii. Nikt jednak nie wiedział, że pod maską dobrych naukowców czaili się zbrodniczy doktorzy. To Gaussowie poderżnęli gardło Dzidzi z Methtopanów i nakarmili jego zwłokami jamniki. To Gaussowie poluzowali lejce i nakarmili konie psychotropami, doprowadzając do śmierci starej Baydu Khnagan. To Gaussowie zmiażdżyli czaszkę plebsolubnej Mpegie Shitkicker, przerobili na papkę Slavoja i niemalże zabili biednego Lemmiego. To Gaussowie otruli gazem Florence Hawkhead. To Gaussowie wsadzili do lagunów Michela Croissanta zatrute krwią spazmozlina igły i spuścili Ivette Croissants kowadło na głowę. To Gaussowie wyłożyli sypialnię Ferdynanda Alvareza skórkami bananów i utopili w elektrycznej wannie La Ninę z rodu Furioso. To Gaussowie dokonali zamachu na życie Reny Vulgaris.

Nikt nie wiedział, że to oni stali za tymi zabójstwami. I był to dobry prognostyk na dalszą działalność. Ród Gaussów stworzył siatkę szpiegów-alchemików, wyposażonych w najnowsze technologie. Można by ich porównać do Hasasynów, ale byłoby to porównanie kundla do doborowego, bojowego jamnika rodu Methtopanów. Gaussowie byli skuteczniejsi, trudniejsi do wykrycia i zwyczajnie lepsi w tym co robili. Mieli uszy i oczy wszędzie, gotowi w przyszłości wykorzystać swoje oddziały agentów... w taki sposób, jaki uznają za słuszny.
[20:43]
Podobne sukcesy, chociaż na nieco innym polu, odnosił ród Croissants. Elegancka familia dominowała w dziedzinie, które inne rody ignorowały - w dziedzinie kultury kurwa. I tak w ciągu parunastu lat, ród Croissants stał się synonimem tegoż słowa. Juliette, głowa rodu Croissants, nie wystarczyło to, że jej pobratymcy znani byli jako znawcy sztuki i kulinariów. O nie. Samodzielnie, nestorka rodu postanowiła zająć się modą. Jej styl bycia był trudny, współpracownicy często na nią narzekali, nagrano też chyba parę tysięcy lat później jakiś film o niej, coś tam Diabeł ubiera się u Juliette, ale nikt nie mógł jej odmówić talentu. Wszyscy, WSZYSCY ubierali się tak jak dyktowali Croissants. I mimo że ród nie był najpotężniejszy czy najbardziej wpływowy w kwestiach polityki lub wojskowości, to na dworach to on dyktował jakie kolory i kroje tego sezonu będą najlepsze. Jedni mówili, że była to kwestia niesamowitego zmysłu Juliette i wyczucia gustu. A inni, że przed laty wyruszyła na wyprawę i odnalazła księgę zapisaną przez Woytullo Choroszczanini, przyjaciela Sir Christophera Conona, w której znajdowały się mistyczne niemal tajemnice mody oraz wytwarzania perfum luksusowej marki Nitro.

[20:43]
Innym sukcesem rodu Croissants było zorganizowanie konkursu tanecznego, który miał wyłonić najlepszą tancerkę w krainie. Czempionką rodu w tej dziedzinie została młoda i ambitna Valentine. Stanęła w szranki z wieloma wybitnymi tancerkami z innych rodów - głównie z rodu Furioso. Na swej drodze do tryumfu pokonała Elenę Furioso, Frodię Shitkicker (brała udział tylko w pierwszym turnieju, potem wyruszyła na wyprawę w dal), Marnie Shitkicker (a ta wyruszyła poza granice Imperium po tym jak Shitkickerowie zaatakowali odzdiały imperialne), Lucią Furioso, Olivią Furioso czy, swą rodaczkę, Violettę Croissants. Nie zdobyła jednak pierwszego miejsca. Na jej drodze stanęła niejaka Esmeralda, żygańska tancerka o kapryśnej naturze, która podobno po każdym zjedzonym posiłku wymieniała całą zastawę razem z obrusem i zastawą.

Konkurs na najlepszą tancerkę organizowany był regularnie i zawsze na podium stawały Esmeralda i Valentine. Czasem pierwsza zdobywała złoty medal, czasem druga. Z czasem, mimo swych trudnych charakterów, stały się przyjaciółkami, niby Arananya i Geiadriela z bajek o Karczmie Smoczy Skarbiec.

W końcu, również na polu kulinarnym nie mogło zabraknąć rodu Croissants. Wulgarnie cichy Cyprien będąc w klasztorze zaczął pracować nad nowym daniem, dotąd niespotykanym w Imperium. Pewnej środy siedział sobie na dziedzińcu i dumał nad przepisem, kiedy nagle dostrzegł żabę, pluskającą się w kałuży. To było to! Pochwycił żabę i zabrał ją do kuchni, by przeprowadzać na niej kulinarne testy. Na cześć dnia w którym wpadł na taki wybitny pomysł, obmyślił, aby potrawa z żaby podawana była w każdą środę.
[20:44]
Żabie udka stały się koniecznym głównym daniem menu w każdą środę na arystokratycznych dworach. Często, matrony rodów mówiły: "zjedz żabę, zostaw ziemniaczki". Fakt ten niesamowicie WKURWIŁ ród Aurinko. Wiadomo przecież, że to ziemniaki są najważniejszą częścią obiadu. Dlatego zawsze wesoła Ersa przekonała resztę rodu, żeby tym razem nie wysyłać masy skrytobójców na kolejny ród, a aby podjąć rękawicę. Samodzielnie opracowała hodowlę ostatecznego ziemniaka, który mógł rosnąć wszędzie, nawet na murach zamków, i który sycił tak, że po zjedzeniu jednego ziemniaczka człowiek nie byłby w siebie wcisnąć nawet kawałka żaby. Ród Aurinko zapewniał do tychże ziemniaczków dużo swojskiego masła. Mógłby też zapewne zapewnić koperek, ale skłócony z rodem Methtopanów, którego pieski idealnie nadawały się do hodowli koperku, musiał pogodzić się z brakiem tego kluczowego składnika.

Rywalizacja żywieniowa między rodem Aurinko a Croissantsów przypominała tą między majonezem Kieleckim a Winiarym, jednak konflikt nigdy nie przerodził się w większą aferę. Oba rody nadal darzyły się przyjaźnią, a nutka kompetetywności nikomu nie zaszkodziła.
[20:44]

[20:45]
Rewolucji hodowlanej podjął się również ród Khnagan. Chabi Koniara, córa natury i wybitna kawalkatorka, która nawet będąc jeszcze w kołysce karmiła konie owsem, postanowiła stworzyć konia idealnego. Przeszukiwała całe imperium w poszukiwaniu najwybitniejszych okazów, tak aby stworzyć konia silniejszego od Vulgarskich mamutów, szybszego od Afrabskich rumaków, bardziej przyjaznemu człowiekowi od Methtopanowych jamników i bardziej zabójczego od Maharadżyckich słoni. I w końcu jej się udało. Po wielu latach prób i błędów urodziły się dwa źrebięta - jedno o białym umaszczeniu i srebrnej grzywie, drugie o czarnym umaszczeniu i ognistej grzywie. Dwa konie, samiec i samica, stały się początkiem wybitnego szczepu, który zdominował Imperium. Konie wybitne, a przy tym proste w treningu i utrzymaniu, posłuszne niby psy, bystrzejsze czasem od ludzi. Jeden z koni został podobno biskupem. Inny, zwany Błyszczykopytkiem, wyruchał żonę jednego z członków rodu i spłodził z nią centaury (podobno). A jeszcze inny koń wyruszył na przygody i zdobył Legendę o Nieśmiertelności. Ród Khnaganów zaczął zastanawiać się w pewnym momencie czy w sumie nie zmienić swego rodu w ród koni, ale na razie jeszcze nie podjął podobnej decyzji. Zaczęto za to zamykać małżonki na zamki nocami, bo konie, jak wiadomo, kopytami klucza nie użyją.
[20:45]
Te wszystkie dobra o których pisaliśmy - udka, ziemniaki, konie, usługi alchemiczno-skrytobójcze, ubrania, ale też inne rzeczy codziennego użytku - żelazo, zboże, brąz, laguny, szynka, łuki, miody i wiele, wiele innych surowców musiało w jakiś sposób przepływać płynnie pośród coraz rozleglejszych terenów Imperium. I tutaj przechodzimy do rodu Furioso. Vera Furioso, którą posądzano czasem o umiejętność teleportacji, bo znaleźć ją można było non stop w innym miejscu, zawarła pakty handlowe z wszystkimi większymi rodami. Wyznaczyła nowe szlaki handlowe, rozbudowała flotę handlową, kompanie towarowe, a w końcu otworzyła też rynek na nieco rzadsze towary, jak tytoń, cukier, bawełnę czy kawę.

Furioso zdominowali handel i zgodnie ze swoim marzeniem - stali się potęgą w tej dziedzinie. Bardzo pomagał im ród Methtopan, który nieco zmienił swój profil i stał się korporacją, zajmującą się kwestiami księgowymi i marketingu. Kiedy Rufus Methtopan tłumaczył Verze, że pracownicy wyrabiają kejpijaje, risercz kejsów wykazuje że jest wzrost na CPC za wyświetlanie reklam w Google Ads, a od łorkerów jest pozytywny fidbak na owocowe czwartki, ta cierpliwie kiwała głową, udając, że wszystko rozumie. A młodzi Methtopanowie tymczasem raczyli się sojową latte i myśleli o tym jak spędzą kolejny wyjazd integracyjny na Mazurach...

ROZDZIAŁ V - MR. CROWLEY
[23:15]
Doradcy byli dziwnymi istotami. Zawsze kręcący się w pobliżu tronu Imperatora, zawsze głośni i chaotyczni niby chmara ptaków. Nim Hawkheadowie przejęli władzę, Doradcy kontrolowali właściwie całe państwo. Poprzedni ród był wyniszczony chowem wsobnym i chorobami genetycznymi, a jego reprezentanci popadali w otchłań szaleństwa. Potrzebowali kogoś do pomocy - i tym kimś byli Doradcy, którzy organizowali spotkania innych rodów, doglądali gospodarki, militariów i problemów społecznych, dbali o to aby państwo funkcjonowało.

W końcu to oni też poprowadzili elekcję imperialną, która zakończona została wyborem Astona Hawkhead na nowego Imperatora. Od momentu zmiany władzy, Doradcy zdawali się być nieco wycofani. Obserwowali uważnie to co robi Ród Imperialny, służyli mu pomocą, normalnie żyli w pałacu, ale zdawało się, że dają pewną przestrzeń do samodzielnego działania.

Rodom jednak nie odpowiadał ten stan. Owszem, Doradcy byli przydatni i poza czasami kryzysu byli dobrymi zarządcami. Jednak nie byli ludźmi, zdawali się kontrolować poprzednich Imperatorów i wzbudzali nieufność. A co najgorsze - nikt nie wiedział jaki jest ich cel. Było w nich coś nienaturalnego, nieprzyjemnego, budzącego awersję. Dlatego sam Imperator Aston zebrał grupkę wiernych pomocników z różnych rodów, by rozwikłać problem Doradców. W grupie konspiratorów odnalazł się Friedrich Tormundowicz z rodu Gaussów, wojownicza Yolande z rodu Croissants, równie dzielny co tłusty Garcia z rodu Furioso i szalony Dante z rodu Vulgaris. Cała piątka, włącznie z Astonem, zbierała potajemnie informacje o Doradcach.
[23:16]

[23:16]
I udało się odkryć zadziwiająco wiele rzeczy. Po pierwsze, choć sam Crowley zarzekał się, że jest po prostu synem poprzedniego Crowleya, to posiadał zbyt szeroką wiedzę oraz manierę, która nie mogła przejść z ojca na syna. Nikt też nie widział by kiedykolwiek wychowywał potomka. Prawdę mówiąc, z tego co zauważyliście, to żaden z Doradców nie posiadał potomków. Friedrichowi udało się podstępem pozyskać krew jednego z Doradców - była ona błękitna, ale wydawała się... pusta. Tak jakby nie znajdowały się w niej żadne krwinki, jakby był to po prostu płyn, taki sam niby piwo czy woda, a jedynie innego koloru.

Garcii, dzięki jego wrodzonej gracji, udało się ujrzeć twarz jednego z Doradców. Zazwyczaj spod kapturów widzieliście jedynie szare oczy, a gromada, niby tajemniczy mnisi, ukrywała się w cieniu. I... no właśnie. Pod kapturami było właśnie to. Cień. Czarna mgła. A w pokojach znajdowało się wiele czarnych piór, które były zbierane i palone tak szybko, jak zostały dostrzeżone przez swoich właścicieli.

Doradcy nie spotykali się ze sobą za często, czasami chodzili parami lub trójkami, ale posiadali wiedzę, której zdawało się, że nie mieli okazji sobie przekazać. Crowley zazwyczaj trzymał się z dwójką innych istot - Thelemą i Aleisterem, którzy podczas obrad nie wyróżniali się zbytnio z tłumu skrzeczących szarych eminencji, ale zdawali się być prawą i lewą ręką Doradcy z którym spędziliście najwięcej czasu.

Jakie były ich plany? Tego nie udało się odkryć. Ale z czasem, wszyscy uczestniczący w konspiracji nie mogli nie odnieść wrażenia, że przestają obserwować. A stają się sami obserwowani. Trzeba było działać szybko. Po wieczornym spotkaniu, Aston ze swoimi towarzyszami zebrał grupę zaufanych gwardzistów i wyruszył do komnat Doradców. Nie wszystko jednak poszło tak jak się spodziewali.
[23:17]
Cała kompania była bowiem oczekiwana. W szerokim holu prowadzącym do prywatnych komnat stali Doradcy. Było ich kilkudziesięciu, wszyscy w kapturach. Na ich czele stanął Crowley, po bokach mając Aleistera i Thelemę. Dante, Garcia, Yolande, Aston i Friedrich sięgnęli po broń, ale Crowley tylko machnął niedbale ręką.
- To nie będzie potrze...
TRZASK!!!

Bohaterowie usłyszeli dźwięk zwalniania jakiegoś mechanizmu i z sufitu nagle zleciał prosto na nich ciężki, kryształowy żyrandol. Wszyscy reprezentanci rodów odskoczyli szybko umykając mu z drogi, jedynie paru gwardzistów nie zdążyło zrobić uniku i ich kręgosłupy trzasnęły niczym zapałki, zmiażdżone jebitnym, stuletnim kandelabrem. Szkło rozbrygnęło się po całym pomieszczeniu, a siła uderzenia wzbiła tuman kurzu, który częściowo przesłonił widoczność. Crowley cmoknął z niezadowoleniem i razem z Aleisterem i Thelemą cofnął się za resztę towarzyszy. Aston dostrzegając podstęp wydał zaś rozkaz do ataku. Doradcy świszcząc i skrzecząc również ruszyli do przodu, wymachując groźnie pięściami. Rozpoczęła się walka.

W miejscu gdzie spadł żyrandol coś się poruszyło. Jakaś ciemna sylwetka, rzuciła się ku członkom rodów, a konkretniej ku jednemu z nich...
- Dante Vulgaris. Został wydany na ciebie wyrok śmierci.
Usłyszał przy swoim uchu szalony czempion rodu z północy i ledwo zdążył się uchylić, gdy przy jego uchu przeleciał długi nóż. Oponent odziany był w czarną szatę szczelnie zakrywającą sylwetkę oraz twarz, ale po głosie Dante mógł rozpoznać, że ma do czynienia ze starcem. Nie mógł jednak zlekceważyć zagrożenia. Ruchy przeciwnika były taneczne, błyskawiczne, a przy tym bezlitosne i precyzyjne. Dante ledwo nadążał robiąc uniki i parując, zawsze w ostatniej chwili unikając ostatecznego ciosu. To nie miała być łatwa walka.
[23:17]

[23:17]
Reszta z drugiej strony radziła sobie o wiele lepiej. Doradcy prawdę mówiąc nie stanowili za dużego wyzwania. Pchali się pod miecze, samemu nie używając żadnej broni. Jedynym problemem było to, że byli... twardzi. Pod szatami skrywali kolczugi i napierśniki, jednak ich twarze nie były takie jak wcześniej. Zerwaliście kaptur niejednemu z nich przed zadaniem ostatecznego cięcia i tylko część z nich miała cieniste kule mgły zamiast twarzy. Niektórzy mieli normalne, ludzkie twarze, a jeszcze inni koszmarne, ptasie dzioby oraz bystre, bezlitosne oczy. Wszystkich jednako rezaliście jednak, coraz bardziej zbliżając się ku Crowleyowi, który beznamiętnie patrzył na całe wydarzenie, kiwając głową.

Walka Dantego i tajemniczego zabójcy w końcu się zakończyła. Oczy zakrwawionego Vulgarisa płonęły gniewem, a żyły na dłoniach dzierżących bojowe topory pulsowały. Barbarzyński szał opanował wojownika, a skrytobójca widząc taki obrót spraw stwierdził, że bycie przerobionym na mięsną miazgę nie jest mu dziś pisany. Zaśmiał się tylko, posłał Dantemu buziaka i jak gdyby nigdy nic, wyskoczył przez okno. Gdy wróg zniknął z oczu Vulgarisa, ten postanowił przekierować swój gniew na prawdziwy cel. Błyskawicznie, pędząc niby wściekły tur, runął na Crowleya...
[23:19]
Prawie wszyscy Doradcy zostali już wybici. Zostało tylko paru niedobitków, Crowley, i stojący za nim Aleister i Thelema. Po waszej stronie nie było żadnych strat. Duet Dante i Yolande Croissants, która w niepodobny do swego rodu sposób również wiedziona była barbarzyńskim szałem, wspólnie zamachnęli się swymi ostrzami, rozrywając na pół dwóch ostatnich Doradców, blokujących im dostęp do Crowleya. Spod kaptura Crowleya rozległ się jego poirytowany głos:
- To naprawdę nie jest potrzebne. Poddajemy się.
Do Yolande i Dantego nie dotarły jego słowa. Crowley, jako prowodyr tej bandy odmieńców miał zginąć. Topory Dantego i pięknie zdobiony młot bojowy Yolande pomknęły ku głowie potwora. Ten dał krok w tył, a jego towarzysze, niby odbicie w lustrze, zrobiły to samo.
- Poddajemy się.
Powtórzył Crowley, ale na próżno. Yolande i Dante wytrąceni z równowagi wzięli ponownie szeroki zamach, celując wspólnie w barki Doradcy, tak by odrąbać jego ręce...

...chwilę później, Dante uderzył z całą siłą w pobliską kolumnę, posłany ku niej potężnym uderzeniem, które odebrało mu dech z piersi i przytomność z umysłu. Yolande miała niestety mniej szczęścia. Padła martwa rzucona niby worek aurinkowych ziemniaków tuż pod nogami Astona i reszty towarzyszy, zatrzymując ich dalszy, tryumfalny pochód. Połowa jej ciała nosiła ślady trzech pazurów, tak jakby jakaś wielka bestia albo ptak dosłownie wyrwał jej kawały cielska od piersi aż po mięśnie pleców. Zauważyliście, jak Crowley chowa rekę pod szatami, a ta jakby maleje. W końcu, po kolejnym westchnięciu, Crowley zdjął kaptur.
[23:19]

[23:20]
Miał ptasią twarz pokrytą piórami, a w miejscu nosa wystawał mu dziób. Wyglądał niby człowiek-kruk, zgodnie zresztą z tym co przewidywaliście.
- Poddajemy się. Została nas tylko trójka. Jeśli będziecie próbowali nas zabić, będziemy stanowili dla was zagrożenie - w innym wypadku, zrobimy to czego od nas oczekujecie.
Aston zastanowił się nad tym ultimatum, po czym ruchem ręki posłał ku Crowleyowi trzech gwardzistów. Chwilę potem, ich zwłoki w kawałkach leżały u stóp kruczego Doradcy. Imperator kiwnął głową:
- Evrybady, zabierzcie ich do lochów, Garcia, Friedrich, przygotujcie się do przesłuchania pronto, tak w sto pięćdziesiąt pompeczek.

...

Friedrich i Garcia siedzieli w lochach, naprzeciwko skutego człowieka-ptaka i zbierali do kupy informacje, które właśnie im przekazał (głównie robił to Friedrich, bo umówmy się, że Garcia najlotniejszym umysłem nie był). Zgodnie z wyjaśnieniami Crowleya, prawdziwymi Doradcami była tylko pojmana przez was trójka - on sam, Thelema i Aleister. Reszta była "narzędziami", które wykorzystywali do codziennej pracy i wykonywania licznych zadań. Doradcy wywodzili się z prastarej, potężnej rasy, która żyła od początku powstania Imperium. Nie znali dokładnie swojego pochodzenia, istnieli od momentu gdy ludzie po raz pierwszy postawili nogę na kontynencie i wyszli z chat z gówna, budując pierwszą osadę. Naznaczeni przez Bogów, stali się opiekunami Rodów Imperialnych. Mieli służyć im radą, opieką oraz pilnować, aby wszyscy ludzie żyli w dobrobycie, a błękitna oraz złota krew stawała się coraz powszechniejsza - ciesząc tym samym samych Bogów. Nie było ich celem nigdy przejmowanie władzy, a dopilnowanie by niezależnie od tego kto znajdzie się na tronie, prowadził ludzkość ku świetlistej ścieżce. Doradcy potrafili używać magii oraz zmieniać swe ciała, lecz była to cecha naturalna dla ich rasy. Nic więcej nie potrafił powiedzieć.
[23:20]
Dla Friedricha to było za mało, chociaż "zeznania" całej trójki pokrywały się. Razem z Garcią wziął Crowleya na tortury. Ten z cierpliwością znosił kolejne krzywdy oraz okaleczenia, i obojętnie odpowiadał na pytania:
- Co znajduje się na zachodzie?
- Nie wiem.
- Czy są inne istoty podobne wam w Imperium?
- Nie.
- Czym są legendy? Członkowie naszych rodów odnaleźli wiedzę oraz mityczne historie, które ich zmieniły.
- To pozostałości po starej magii, którą dysponujemy, a która została zapomniana. Ludzie nie potrafią jej w pełni używać, możecie być jedynie odrobinę zmienieni.
- Co jest waszym celem?
- Dobrobyt Imperium i ludzkości.

Przesłuchania trwały, wyciągnęliście z nich to co mogliście. W końcu sami Doradcy zostali wtrąceni do najciemniejszych lochów zabezpieczonych pułapkami rodu Gaussów, aby nie mogli w żaden sposób mieszać się w sprawy Imperium. Znieśli to z pokorą i obojętnością. Kiedyś możliwe, że powrócą na dwór aby wspierać ludzkość w chwili potrzeby. Mogli stanowić cenną broń, a ich naiwny idealizm gwarantował, że nie będą żywić urazy. Ale na razie byli zbędni. Rody wiedziały co czynić samemu, bez pomocy obcych, podejrzanych istot. W końcu nie mogliście być pewni czy to co powiedzieli było w pełni prawdą. A miało się w najbliższej przyszłości okazać, że ich historia ma drugie dno...

Pomniejsze rody nie stanęły po stronie Doradców. Wszyscy chyba czuli niepokój będąc w ich pobliżu, dlatego uwięzienie krukowatych stworzeń spotkało się raczej z poczuciem ulgi. Yolande został wyprawiony piękny pogrzeb, a jej przykład budził niepokój u członków rodów i tym większą radość z zamknięcia potworów w odosobnieniu. Dante doszedł do siebie, lecz nie pozwolono mu zemścić się na Crowleyu. Musiał powrócić na północ i pomagał w podbijaniu Wikingołów.

Imperator mógł w końcu spokojnie siedzieć na tronie, bez wysłuchiwania doprowadzającego do szaleństwa klekotania i szczebiotu dziesiątek Doradców. W końcu mógł SAM władać WSZYSTKIM...

ROZDZIAŁ VI - SEKRET
[00:48]
Odległy ląd który czaił się za Archipelagiem Pirskim kusił, podjudzał w każdym ducha przygody i... budził obawy. Nie wiedzieliście w końcu co znajdowało się za morzem, a nurty broniące dostępu do dalekiego horyzontu nie wydawały się naturalne.

Dlatego w tajemnicy została uformowana Drużyna Moroka, złożona z członków wielu rodów, którzy razem mieli wyruszyć ku niepoznanym lądom. Znaleźli się w niej:
- Jednooka Babcia Graia z Vulgarisów (Gandalf)
- Pszny i okuratny Krzysztof z Kręcigonów (Gimli)
- Wspaniały tancerz i bawidamek Bej z Khnaganów (Peppin)
- Ambitny pijak Czingis Bohromir z Khnaganów (Boromir)
- Dominująca i surowa Disputia z Gaussów (Legolas)
- Gruby Samsagaz Gamyi z Furioso (Sam)
- Gadatliwy, żywy i szalony Jacob z Croissantsów (Merry)
- Frodia Shitkicker, główna bohaterka opowieści (Frodo)
- Ambitny i okrutny Bepin z Rodu Imperatorskiego (Aragorn)
Jechać miał również Mikael z rodu Aurinko, a przynajmniej tak wynikałoby z opisów czterech graczy opisujących uczestnictwo swoich postaci w ekspedycji, ale ten wolał chyba zostać w domu i hodować ziemniaki czy coś tam, zamiast szlajać się po świecie

Wesoła kompania wyruszyła ku zachodowi. Herosi przez wiele dni płynęli ku najdalszemu krańcowi morza, gdzie szalone morze stanowiło barierę do przebicia. Dzięki wspólnej pracy Gaussów i Khnaganów, użyto specjalnych nowych wioseł, statku o wzmocnionym kadłubie i stworzeń (koników morskich), które miały pomóc się przeprawić przez wzburzone wody. I...

Chuja wyszło.

Nijak nie dało się przebić przez rozszalałe morze. Bohaterowie po paru próbach, kiedy statek poszedł niemalże w drzazgi, zmuszeni byli odpuścić i przemyśleć swoją taktykę. Nie mogli w końcu wrócić do domów z pustymi rękoma. Dlatego wpadli na koncept, aby opłynąć najbardziej oddalone wyspy i poszukać tam wskazówek lub ludzi, którzy byliby w stanie im pomóc.
[00:48]
Podczas swoich podróży odnaleźli wiele interesujących rzeczy. Spotkali mówiące drzewa, psa Smeagona który wprowadził Frodię i Samsagaza w pułapkę, dziwnego ćpuna udającego niedźwiedzia, pozostałości po Wieży Białego Płomienia i cuda, których nikt wcześniej jeszcze nie miał okazji odkryć. Nie udało im się jednak odnaleźć niczego co pomogłoby się przeprawić przez złośliwą, morską barierę. Aż do pewnego pamiętnego dnia, gdy będąc w wiosce, napotkali jego.
[00:48]
[00:49]
Stał samotnie, jedynie w slipkach i chuście na głowie pośrodku wioski, wyszydzany przez dzieci i obczajany przez damy. Jego ciało lśniło od olejków niby ciało Astona, ale miał ciemniejszą skórę. Widząc was uśmiechnął się i rzekł:
- Dobrze was znowu widzieć, przyjaciele.
Pierwszy raz widzieliście typa na oczy, a ten zaczął coś pierdolić o jakiejś karczmie, myszach, krasnoludach, smoku i jakichś dziwnych rzeczach. Nic z tego nie rozumieliście, ale mężczyzna, który przedstawił się jako Ricardos, powiedział, że spełni daną wam obietnicę, że pozwoli wam odnaleźć lepszą przyszłość i że wie z kim powinniście się spotkać. Nie mieliście wiele do stracenia, poszliście za dziwacznym, muskularnym jegomościem, a ten poprowadził was ku jednej z wysp, gdzie znajdowała się gęsta dżungla. Przebiliście się przez nią walcząc z dzikim cowiekiem-maupą, mumami i gwiazdonosami, aż w końcu dotarliście do małej chatki. A tam, spotkaliście... człowieka-ptaka.

Miał czarno-białe pióra niby u kruka, ludzką sylwetkę oraz ptasi łeb. Jego oczy miały mleczny kolor, tak jakby był ślepy. Było to zaskoczenie dla bohaterów, bo ich wyprawa toczyła się w trakcie, kiedy więziono Doradców i nikt nie wiedział jak naprawdę wyglądają. Najwyraźniej znał Ricardosa, bo kiedy tylko przyszliście, zaczął wam tłumaczyć jak się sprawy mają, jak przystało na "tego mądrego", który oświeca wybrańców.
[00:49]
Powiedział, że wywodzi się ze starej rasy. Onegdaj na świecie były różne dziwne rasy, smoki, elfy, krasnoludy, kotołaki, myszy, gady, i współistniały one ze sobą. No, z tym współistniały w sumie nie szalejmy, bo ciągle były prowadzone między nimi wojny. Aż pewnego dnia Bogowie stwierdzili, że stworzą ludzi. Ludzie mieli być rasą wybraną, a najwięksi przywódcy, czempioni i bohaterowie mieli być czempionami bogów. Ludzie mieli zaprowadzić pokój, mieli wyeliminować niesnaski między rasami niszczące świat. Otrzymali tajemnicę magii, a z czasem zaczęli asymilować inne rasy tak, że one również zaczęły wyglądać jak ludzie. Różniła ich jednak krew - prawdziwi ludzie mieli krew błękitną i złotą, a "przemieńce" czerwoną. Nie oznaczało to jednak, że ta ludzka krew była raz dana. Krew była błogosławieństwem, znakiem przychylności bogów. Cieszyć się nią mogli tylko przywódcy, bohaterowie, ci którzy stali na czele całego państwa albo mieli szeroki wpływ na innych ludzi. Lecz nadeszły czasy kłopotów...

W tym momencie nagle coś wbiło się w kark tajemniczego, ptasiego mędrca, a ten zwalił się na podłogę tracąc ducha. Strzała. Ktoś wrzucił do środka pokoju granat. Ricardo szybko zabrał rannego ptakołaka, a wszyscy bohaterowie umknęli nim siła eksplozji rozsadziła wnętrze chatki. Na dworzu stał oddział łuczników dowodzony przez postać w czarnym stroju, która dzierżyła kuszę. Postać przyjrzała się wam, po czym powiedziała głośno:
- Czyngisie Bohromirze, został wydany na ciebie wyrok śmierci. Żadnych świadków, zabić ich wszystkich.
[00:50]

[00:50]
Łucznicy wymierzyli w bohaterów, ale Czyngis dzielnie wyskoczył do przodu, zastawiając się tarczą i odbijając strzały, które pomknęły ku jego towarzyszom.
- Uciekajcie! - krzyknął napierdolony w trzy dupy Bohromir - Chcą mnie, zajmę ich!
Bohaterowie w sumie nie chcieli za bardzo walczyć, nie wysłuchali jeszcze do końca historii i w ogóle to mieli wazniejsze rzeczy do roboty, więc posłuchali bohaterskiego odezwu Bohromira. Ten rzucił się na swoich przeciwników z groźnym, bojowym okrzykiem...

...bohaterom udało się umknąć na dalszą odległość tak, by zgubić pościg. Niestety, ptakołak umierał i nie mógł z siebie wykrztusić słowa. Babcia Graia pochyliła się nad nim razem z Ricardosem, próbując usłyszeć ostatnie słowa, które by powiedziały co dalej z ludzkością. Ptak jednak złapał nagle Graię Vulgaris za szyję, a jego dłoń rozbłysła magią. Na karku Grai nagle pojawił się dziwny, błękitny symbol. Po tym ptakołak oddał ducha, a jego ciało rozpadło się w czarny proch. Wszyscy nie wiedzieli za bardzo co się stało. Graia jednak wiedziała. Podświadomie czuła, że otrzymała właśnie klucz do pokonania gniewnych fal stojących na przeszkodzie do zachodnich krain...

...Bohromir leżał pod drzewem naszpikowany strzałami. Zabił wielu przeciwników, ale w końcu rany i podstępny zabójca dopięli swego. Nie miał szans przeżyć. Skrytobójca pochylił się nad nim. Bohromir chciał mu jeszcze dać lepę na ryj, ale łobuz zrobił unik, a biedny wojownik nie miał już siły by wymierzyć mu ponowny cios. Szepnął jedynie:
- Kto was nasłał? Dlaczego to robicie?
Zabójca spojrzał na niego poważnie po czym odparł:
- Bo czemu nie XDDDDDDD
Widok latających przed oczami iks de towarzyszył Bohromirowi w drodze ku niebu, i ani on, ani jego towarzysze, nie mieli się nigdy dowiedzieć kto stał za morderstwem...
[00:51]
...no, nie żeby jego towarzysze jakoś tam się specjalnie przejmowali. Kiedy Bohromir umierał, oni już siedzieli na statku i zapierdalali na zachód bo: "he he Bohromir na pewno da sobie radę, to nie tak że ma imię po postaci i aktorze który ginie w każdym filmie". Kiedy dopłynęli na skraj wzburzonej wody, znamię na karku Grai rozbłysło a ta poczuła, że może kontrolować wodę i jej pływy. Z pomocą nowej, bardzo niecodziennej mocy, która chyba nigdy nie pojawiła się na ziemiach Imperium, poprowadziła statek ku nieodkrytym lądom. Nim jednak mogliście wpłynąć dalej, Ricardos chciał zamienić z wami słówko:
- Słuchajcie, to co powiedział stary ptakołak to nie wszystko. Nie możecie dać się złapać na tych ziemiach, nie możecie pozwolić aby ktokolwiek odkrył, że pochodzicie z Imperium. Wasza historia i historia waszego kontynentu jest nieco inna niż mogłoby się wam wydawać. Zresztą... sami zobaczycie...

Bohaterowie dotarli do dzikich ziem. Już kiedy dopływali do brzegu wiedzieli, że mają do czynienia z innym kontynentem, prawdopodobnie o wiele większym niż ich. Znajdowały się na nim zaawansowane technologicznie miasta zamieszkane przez ptakoludzi i ludzi wyglądających na niewolników. Korzystając z rady Ricardosa, herosi działali z cienia, a to czego się dowiedzieli nie było nadto optymistyczne... chociaż bez tej zdobytej wiedzy, los Imperium mógł być jeszcze gorszy.

Rzeczywiście, kontynent był o wiele większy od waszego. Tereny Imperium były przy nim wysepką, porównywalną do którejś z wysp Archipelagu Pirskiego wobec własnie głównych ziem Imperium. W tym dziwnym miejscu pełnym srebrnych domów, przyrządów i, co przerażające, magii, rządzili ludzie-ptacy. Posiadali oni magię, którą mogli czynić rzeczy niebywałe. Ludzie tutaj byli jedynie niewolnikami wykonującymi proste prace. Ale byli też czymś więcej. Byli pożywieniem.
[00:51]

[00:52]
Udało wam się porwać paru niewolników i oni wyjaśnili co się dzieje, część uzupełnił też Ricardos który, jak się okazało, był niewolnikiem w tym miejscu, ale uciekł wiedziony przeznaczeniem i misją sprzed wielu lat i z innego świata. Ludzie-ptaki mieli swoje kolonie, gdzie hodowali ludzi błękitnej i złotej krwi bez której nie mogli żyć. Krew ta pojawiała się tylko kiedy ludzie "rządzili", dlatego nie można było zrobić po prostu masowej hodowli - osocze szybko by zdegenerowało do swego bezużytecznego, niebłogosławionego stanu. Dlatego ptakołaki utrzymywały mniejsze kontynenty, takie jak wasze, jako kolonie, gdzie z cienia kontrolowały wszystko i "hodowały" odpowiednich ludzi.

Historia ptakołaka z wyspy była prawdziwa. Ludzie zostali wybrani przez bogów aby przynieść pokój i zreformowały wiele ras. Poza jedną. Nadzwyczaj inteligentne Kruki nie miały zamiaru stać się bezładną, czerwonokrwistą masą plebsu na usługach "panów". Dlatego dzięki swoim podstępom oraz rozwiniętej technologii postanowiły nieco odwrócić wolę Bogów i samemu stanąć na czele świata. Przez lata, dzięki swojej umiejętności przybierania różnych postaci, prowadzili ludzi znających magię ku zagładzie. Na różne sposoby - z pomocą propagandy oskarżali ich o czynienie zła, pchali żądnych potęgi znawców magii w odmęty szaleństwa, które potem stanowiły pretekst do eksterminacji tych, którzy posiadali wiedzę o tym jak używać czarów. Aż w końcu, po całej magii pozostały tylko legendy, a ludzie zapomnieli jak używać zaklęć. Kruki jednak wiedziały. I nauczyły się, że korzystając z błękitnej lub złotej krwi mogły samemu używać potężnej magii. Zasmakowali też w tym przysmaku a z czasem, przez swoją chciwość, nie potrafiły już pożywić się niczym innym jak krwią. Niektórzy mówili, że to kara Bogów, a zarazem gwarancja tego, że ludzkość przetrwa - choćby jako trzoda Kruków.
[00:52]
Aby zapewnić sobie stały dostęp do ludzkiej krwi, która wymagała "władania" aby nie stać się bezużyteczną, czerwoną posoką, Kruki stworzyły wyspy na których ludzie mogli "samemu" zarządzać. Oczywiście ptakołaki pilnowały, aby plebejusze czerwonej krwi się nie zbuntowali i nie zabili ich cennych pupilków, i aby Imperium nigdy się nie nudziło, aby zawsze coś odwracało jego uwagę. A kiedy ludzie dominowali wyspę, rozrastali się, i populacja rodów rządzących wyspami była wystarczająco duża - urządzali żniwa. Nie zabijali wszystkich, w końcu musiała zostać wystarczająca ilość aby kolonia mogła na nowo zapewnić plony. Ale organizowany był pod pretekstem przewrotu, pandemii lub wyprawy z której nikt nie wracał wielki połów błękitnokrwistych, którzy trafiali potem na stoły Kruków.

Cykl trwał. Nie wiedzieliście w której fazie byliście, ale chyba woleliście nie wiedzieć. Nie wiedzieliście też ile kolonii mają Kruki - ale z tego co udało wam się odkryć, były co najmniej cztery. Bohaterowie wiele lat spędzili na zachodnich ziemiach, próbując zdobyć jak najwięcej informacji, odnaleźć słabości swoich wrogów. W końcu zdobyli ich nieco. Kruki władały wodą i powietrzem, ale panicznie bały się podziemi i zamknięcia w kamiennych ścianach. Były uzależnione od błękitnej i złotej krwi, i jeśli chociaż raz do roku nie spożyły jej to stawały się słabe. A co najważniejsze - nie były wszechwiedzące i ich magia nie wpływała bezpośrednio na umysły, chociaż potrafiły się komunikować telepatycznie lub tworzyć iluzje. Nie były jednak w stanie kontrolować innych lub dominować samą mocą umysłu.
[00:53]

[00:53]
Te informacje jednak kosztowały was wiele. Krzysztof Kręcigon i Bej Khnagan zostali pojmani jako niewolnicy. Nigdy nie wyjawili swej tożsamości, zbierali informacje i planowali bunt więźniów, ale w Imperium nikt już o nich nie usłyszał. Disputia Gauss zaszyła się na jednej z wysp archipelagu z dala od wszystkich, ogarnięta fanatycznym pragnieniem rozgryzienia słabości Kruków - przez lata szukała możliwości, które pomogłyby Imperium wyrwać się z pierzastych okowów. Jacob i Bepin zostali dotknięci marazmem oraz rozpaczą, czując beznadzieję sytuacji. Szczególnie dla Bepina ciężka była myśl, że jego ród stanie się marionetką w pazurach magicznych ptaków. Nie powrócili do stolicy, a ich losy pozostały nieznane, chociaż wyruszył razem z nimi Ricardos, gotowy chyba wspierać ich i pomagać przezwyciężyć słabość.

Do Imperium wrócili więc tylko Samsagaz Gamyi, Frodia Shitkicker i Graia Vulgaris. Frodia gdy dowiedziała się, że jej ród został wygnany, sama też uciekła i przekazała Shitkickerom informację. Graia i Samsagaz zaś dali znać reszcie rodów, których członkowie wyruszyli na wyprawę, o tym jak się sprawy mają.

Temat był otwarty, a na barkach Imperatora pojawił się wielki ciężar. Nie wiedział jeszcze jak mu w całości sprostać, wiedział za to, że nie będzie to kwestia jednego pokolenia. Było jednak coś, co mógł zrobić w ramach swego życia, a co bez wątpienia zaowocowałoby w przyszłości...

ROZDZIAŁ VII - POCZĄTEK NOWEGO ŁADU...
[08:42]
Czym jest Imperium? – Czy tylko szachownicą, na której nieliczni wielcy szlachcice rozgrywają swoje figury i pionki? Czy teatrzykiem lalek innej, wrogiej rasy? Czy po przezwyciężeniu wszelkich przeciwności i pokonaniu wszystkich znanych zagrożeń widocznych gołym okiem Imperium nie popadnie w dekadencję i gnuśność? Należy zmienić system aby nigdy do tego nie doszło. Aby utrzymać w ryzach tak same Rody, jak i utrudnić życie tym, którzy z systemu rodów korzystały, używając go jako hodowli bydła.

Przyszedł czas by znieść system rodów, który obowiązywał przez wieki. Zunifikować starania, by potem razem, pod żelazną pięścią jednego władcy ocalić Imperium przed zagładą.

Wielkie rody mają za dużą władzę by tak po prostu ją im odebrać. Należy działać stopniowo. Należy na wszystkich zdobytych ziemiach wprowadzać na stanowiska władzy zależnych jedynie od Imperatora namiestników pochodzących z pomniejszych rodów szlacheckich. Namiestnicy Ci będą vice-diukami, a ich pozycja nie będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Po śmierci namiestnika Imperator wyznaczy na nowego tymczasowego władcę dowolnego szlachcica, którego uzna wystarczająco godnym i wiernym do pełnienia tej posługi. Należy podzielić zdobyte ziemie w taki sposób, by żaden z namiestników nie stał się za silny. DIVIDE ET IMPERA. Należy wydzielić regiony także wewnątrz samego Imperium. Początkowo pod przykrywką zmian związanych z nowo formowaną się władzą i usprawnieniem funkcjonowania Imperium należy obsadzać na stanowiska vice-diuków Imperium najbardziej zasłużone postacie także te z wielkich rodów. Niech Ci wybrańcy poznają rękę która ich karmi.
[08:43]
Niech doświadczą, że to z ręki imperatora mogą dostąpić zaszczytów większych niż te, które oferują im ich własne rody. Z czasem wybór vice-diuków imperium będzie podlegał takim samym zasadom jak wybór vice-diuków na podbitych ziemiach by wreszcie scalić się w jeden uniwersalny system. Wielkie rody na pewno niechętnie przystaną na takie rozwiązania. Należy zapewnić im pozory władzy, tak aby Kruki nie mogły ich wykorzystywać do walki przeciwko swym panom.
Powstanie Rada Ministrów, którzy będą służyć radą Imperatorowi. Początkowo na te stanowiska wybrani zostaną nestorzy największych rodów. Z upływem lat i naturalnym porządkiem rzeczy jakim jest śmierć każdego śmiertelnika ministrami wybierani będą fachowcy, którzy najlepiej będą znać się na swojej dziedzinie - możliwe, że nawet ci czerwonej krwi. Początkowo jednak sytuacja będzie wyglądać następująco:
1. Ministerstwo Skarbu Państwa i Handlu dla nestora rodu Furioso
2. Ministerstwo Nauki i Rozwoju dla nestora rodu Gauss
3. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla nestora rodu Croissants
4. Ministerstwo Rolnictwa, Rozwoju Wsi i Ministerstwo Likwidacji Zdrajców dla nestora rodu Aurinko
5. Ministerstwo Religii i Tolerancji dla nestora rodu Khnagan
6. Ministerstwo Rodziny i Praw Dziecka dla nestora rodu Methtopan
Najważniejsze ministerstwo tego biurokratycznego molocha - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Administracji i Sprawiedliwości należeć będzie do Imperatora. Rody Shitkicker i Vulgaris nie otrzymały żadnych ministerstw - pierwszy bo był rodem rebeliantów, drugi bo założył swoje osobne królestwo poza granicami Imperium. Ród Kręcigonów również nie otrzymał żadnego kawałka ziemi, bowiem Imperialni uznali go już za część swej familii. Wdrożeniem planu zajęła się szara eminencja Levina i już po paru latach, poszczególne rody, przekonane wiedzą o zagrożeniu z zewnątrz i wyższą koniecznością, zdecydowały się wesprzeć Ród Imperialny. Przynajmniej na razie.
[08:43]

[08:45]
Tak oto kończy się nasza historia. Imperium stoi u szczytu swej potęgi, zarazem mając świadomość czyhającego nad nim katowskiego topora. Czy uda się wyrwać z hodowli Kruków? Czy Crowley i jego dwaj towarzysze zostaną ścięci... a może role się odwrócą i zostaną wykorzystani jako pionki przez swoją trzodę? Czy któreś z rodów podniosą w końcu rękę na Imperatora? Może drugi najpotężniejszy ród Furioso z handlowymi wpływami obejmującymi cały kontynent? A może ród Gaussów z pomocą swoich skrytobójców i maszyn wprowadzi technokrację w miejsce jednowładztwa? Czy Krzysztofowi Kręcigonowi i Bejowi Khnaganowi uda się rozpocząć rebelię na ziemiach Kruków? Czy ród Aurinko nadal będzie potajemnie próbował mordować członków innych rodów pod płaszczykiem bycia prostymi, fińskimi farmerami? Czy ród Croissants udowodni że żaby > ziemniory, a ród Vulgaris powróci na łono Imperium? Czy rodowi Shitkicker uda się dokonać swej odwiecznej zemsty na Żyganach i samym Imperatorze? I czy Methtopanowie w końcu przestaną wysyłać swoje dzieci na wojny, niby jacyś afrykańscy watażkowie?

To była kwestia przyszłości, która będzie dobra do omawiania przy piwku. Na razie jednak rody miały inne rzeczy na głowie. Nie mogły przecież zaniedbać swoich obowiązków. Musiały nadal grać w tę grę, zwaną...

...Płodzeniem i Zabijaniem Dzieci.

Koniec.
ODPOWIEDZ

Wróć do „PIZD”