IX (VI) Zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Zloty, konkursy, przejmowanie władzy i takie tam.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 2589
Rejestracja: 2014-09-23, 19:41
Tytuł: Bóg Losowań
Has thanked: 53 times
Been thanked: 63 times

IX (VI) Zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Post autor: Gruby »

Niedziela, niedziela, niedziela, smętna dla mnie, niedziela. Smętna dla mnie. Niewesoła. Nieradosna. Nieradosna. Tak. Ta niedziela. Bo zlotu nie ma już dla jego, a cały tydzień trwał.

W tym roku, ten 9 (aka 6) Zlot Loży Masońskiej Borysady był inny niż wszystkie - czyli jak co roku. Nie było paru osób bez których serce było bolesne dla ich: Jaszczura, Chromego, Eldada, Shalvana. Ale pojawiło się za to wiele nowych twarzy, które dotąd nie miały okazji zaznać bycia na corocznym spotkaniu naszej sekty, to znaczy stowarzyszenia: Paula, Monika, Melo i Yubcio. Zlot w tym roku miał charakter sportowy - było na nim więcej aktywności fizycznych niż w poprzednich latach, chociaż chuja to dało, bo i tak część zlotowiczów przytyła po nim, karmiona pysznymi daniami od Grubej. Było też mniej alkoholu, a trunki zastąpiły pojemniki na leki. Ale zacznijmy od początku.

DZIEŃ I - NIEDZIELA, NIEDZIELA, NIEDZIELA

W tym roku przywiało nas ponownie na Kaszuby, do Sulęczyna, gdzie w niedalekim sąsiedztwie Muchomorka mogliśmy cieszyć się całkiem obszernym domkiem z wiatką grillową, tarasem ze stołami oraz polem to siatki. Lokacja ta była iście oblegana, nie tylko przez nas, ale też przez wszelkiej maści żyjątka boże, które albo odratowywaliśmy (jak biedny piesek z zapaleniem spojówek poszukiwany przez wojsko dronami Bayraktar), albo dokarmialiśmy (jak czarny kotek wystawiający łepek znad murku i kradnący szynkę razem z talerzem) albo prowadziliśmy ich systemową, masową eksterminację (mrówek w domku, komarów wszędzie, a na zewnątrz była rzeź os - ubiliśmy ich z kilkadziesiąt/kilkaset w pułapkach).

Jako pierwsza dotarła ekipa olsztyńska, a następnie dołączyła do nas ekipa wrocławska, gdańska, aż w końcu łączony team północny. Zaczęliśmy pomalutku grabież lebensraumu oraz przygotowania do osadzenia się na terenie na najbliższych sześć nocy.

Zamówiliśmy sobie pizzkę, która okazała się zaskakująco pszna jak na standardy okołowiejskie, a Mefju, Stasiu i Yubcio w trakcie drogi również zasmakowali mącznych specjałów w jakiejś oberży po drodze, którą zachwalali nader mocno. W międzyczasie napompowaliśmy balony (he he 69) i rozdaliśmy prezenty. Gruby, czyli ja, dostałem psznego balona ze świni z plastycznym odbytem (skończyła najebana na dachu i już z niego nie zeszła przez resztę zlotu), knura do składania i pićko. Mark, za zasługi dla stowarzyszenia, otrzymał grę planszową o karaluchach i whisky, idealny prezent dla osoby, która nie pije alkoholu. A Stasio mógł się nacieszyć szampanem w ramach urodzinek - nauczony już na Sylwestrze w Łebie jak otwierać taki trunek, wystrzelił z niego jak z haubicy.

W trakcie zlotu towarzyszyły nam też balony Moto Moto, Jaszczura, Nevrasta oraz Jaszczur w słoiku i kupa w szklance. Wieczorną porą podjęliśmy się wcale niesekciarskiej w chuj próby przywołania Shalvana z pomocą ołtarzyka z chipsów, a następnie oddawaliśmy cześć Chromemu padając na twarz przed kapliczką zrobioną z alkoholu.

Obejrzeliśmy też finał ligi narodów w siatkówkę, gdzie Polacy pokazali na co ich stać.

Potem poszliśmy spać, bo zmęczonko tak duże, że szło zasnąć ze świnią w łapie - co też się stało.

DZIEŃ II - SETKA WÓDY I BROWAREK, NIECH UZDROWIĄ W PONIEDZIAŁEK

Kolejny dzień rozpoczęły wspaniałe naleśniki Grubej, spożywane z pasztetem, tudzież w o wiele gorszy i mniej smaczny sposób z dżemem. Powoli się ogarnialiśmy po domku, zdobywając od pani właścicielki wifi, informacje o miejscach na ogniska oraz sposobie działania śmietników i wywozu odpadków ("wyrzućcie za płot"). Następnie, Kurowa zadbała o naszego sportowego ducha i zabrała część zlotowiczów - Stasia, Yubcia, Marka, Grubego i Borysa na bieganie. Bieganko przy jeziorku skończyło się licznymi przypadkami molestowania żab przez jeżojebcę, puszczaniem kaczek oraz gubieniem towarzyszy podróży. Wyhaczyliśmy fajne boisko do kosza, na które mieliśmy powrócić późniejszą porą.

Na obiad Gruba zrobiła cudny gulasz ognisty z kaszą - bardzo ukuratny i aż się siurek podnosił, i to nie wstyd dla jego. Po nim i małej serii walk na miecze, gdzie Mark, Gruby, Yubcio i Radzio trenowali zawzięcie, poszliśmy na kosza, gdzie rozegraliśmy rozgrywkę w 24, aż do momentu, kiedy nie zerwała się jebitna burza. Na szczęście wróciliśmy niemal na czas i urwanie chmury mogliśmy oglądać już z tarasu.

Nie mogło też zabraknąć flanek - te były stałym elementem zlotu, a walki tytanów (Grubego, Yubcia, Kurowej) uprzyjemniały czas wszystkim w jakiś sposób.

Oficjalnie też, pod nieobecność Pani Anetki, musieliśmy znaleźć inną osobę do parzenia kawy i rzucania niewybrednych żartów o sandałkach. Tak oto Radzio stał się Panią Krysią, i chociaż początkowo nie był chyba tym zachwycony, to z czasem he embraced Pani Krysia całkowicie.

Wieczorkiem zagraliśmy w Avalona, gdzie po chyba 10 próbach rozdzielenia ról z zamkniętymi oczami, w końcu się udało. Gra była pełna emocji oraz wielkich pokładów logiki:
"- Wiemy, że z tych czterech osób Gruby zagrał porażkę.
- Skąd wiesz, że zagrałem porażkę?
- Bo jesteś złolem.
- Czemu niby jestem złolem?
- Bo zagrałeś porażkę"

Nie mogło też zabraknąć pijanego Mario - nowej zabawy, gdzie po przegraniu w Super Mario Bros, piło się olkohol. Ja na szczęście nie piłem, bo ja od maleńkości nie piję, ale w międzyczasie rozgrywały się też inne planszówki. Odkryciem zlotu był Karak, gdzie jako bohaterowie walczyliśmy ze szczurami i ograbialiśmy szkielety z kluczy oraz gra w quizy, która była strasznym chujem i dawała różne, ciekawe kategorie do odpowiedzi (Alembiki i destylacje, Skarpety uciskowe, Środki ochrony roślin, Barbara Kurdej-Szatan).

Wieczór zakończyło rozpakowywanie i degustacja wojskowych racji żywnościowych, które poniekąd z obrzydzeniem, a poniekąd z zafascynowaniem, wchłonęliśmy aż nam się uszy trzęsły. Potem zostało już tylko to aby Yubcio i Gruby nieudolnie próbowali naprawić kanapę, którą knur przysposobił na swoje leże i można było iść spać.

DZIEŃ III - WTOREK TO GŁODOMÓR, NIE ŻYCZĘ NIKOMU, MOŻE LEPIEJ SIĘ CZYMŚ DOBIĆ

We wtorek postanowiliśmy oficjalnie otworzyć w końcu zlot, tym bardziej że Yubcio miał wyjechać tegoż dnia w świat. Rano zjedliśmy boże śniadanko, wsparte stworzonymi przez Gruby Duet podpłomykami. Następnie, pomijając homoseksualne epizody niektórych Borysadowiczy wcierających sobie w plecki olejek męskoturzy, doszło do gry w planszówki (np. grę w PKP) i ponownej wyprawy na bieganie - tym razem zamiast Yubcia i Stasia, pobiegł z resztą ekipy Mefju. Ponowna wyprawa pełna polowania na żaby i cudów akrobatycznych na sulęczyńskich torach przeszkód, zakończyła się znowu na boisku do koszykówki, skąd znowu wypędził nas deszcz (zapewne ku niezadowoleniu Radzia, który przyszedł dosłownie w momencie, kiedy akurat kończyliśmy).

Nadszedł w końcu czas na oficjalne otwarcie zlotu. Zrobiliśmy zlotowe zdjęcia z dodatkami balonów. Regulamin został podpisany i ochrzczony wódką (oraz innymi napojami), poprowadziliśmy obchód dookoła domku i wjechało fufu. Dzień spokojny, boży, okuratny. Na obiadek było wspaniałe spaghetti, znowu spod ręki głównej baby - Grubej.

Potem łóżko puste, PUSTE, bowiem musieliśmy pożegnać się z Yubciem - przejęliśmy jego samochód, napisaliśmy mu Panda Chuj i Borysada na szybach, ale ten się jednak wyrwał z naszej bramy weselnej i pojechał do Choroszczy, dzierżąc potężny artefakt - jaszczurkę z Kinder Niespodzianki, która została powierzona na jego ręce jako nabożne relikwium. Ma ją oddać na kolejnym zlocie, więc nie ma wyboru jak tylko wrócić.

Na otarcie łez porobiliśmy sobie tatuaże ze zwierzątkami, a wraz z nimi małą sesję fotograficzną, na której nasze Borysadowe pary wyszły szczególnie przepięknie <3 Potem flaneczki, a następnie grill z pysznymi szaszłyczkami naszykowanymi przez Grubą, a grylla rozpalał Mark. Wpadł też bardzo nieroztropny koncept aby nauczyć Stasia pić - Stasiu, nie pij, alkohol to jest zguba ludzkości, tak jak to mówił Krzysztof Kononowicz.

Wieczorem gitarowe trio - Kurowa, Radzio i Melo - uraczyli nas swoimi umiejętnościami, dzięki którym mieliśmy wspaniałe karaoke. Wraz z ucięciem sobie przez Borysa królewskiej drzemki na ławce skończył się dzień trzeci wtorkowy.

DZIEŃ IV - KOLEJNY DZIEŃ NA SZKOLNEJ CHOLERA JASNA

Tego dnia zawitała do nas Monika - siostra Marka, jedna z wielu osób, które jako pierwszy raz miały okazję wpaść na oficjalny zlot. Z samego rana ustawiliśmy w domku kącik literacki, gdzie przy stole, niby w klasie na lekcjach, można było przeczytać opowiadania konkursowe (złożone przez Buba, Yubcia i Grubego) i oddać na nie głos do sosjerki.

W środę przez wiele czasu zajmowaliśmy się pieskiem, który przybłąkał się poprzedniego dnia i nie odstępował nas na krok. Miał chore oczka, ale był bardzo przyjazny. Kiedy Gruby wyprowadził go na spacer aby popytać sąsiadów, Mark i Gruba zadzwonili do Biura Interwencji Obywatelskiej, skąd wywiedzieli się, że rzeczywiście ktoś poszukuje pieska. Wyszło, że ktoś go szuka dronem - i rzeczywiście, Gruby też widział, że ktoś lata dronem. Dzięki pomocy pani gospodyni udało się skontaktować z właścicielem drona, a ten odebrał małego szczękacza. Oby dobrze mu się wiodło, był przekochany.

Wieczorkiem zagraliśmy w baseball - był za-je-bi-sty. Ci, którzy mieli już dość obcowania z wielkimi, twardymi pałami, grali w ping-ponga i badmintona, dla każdego było coś dobrego. Potem wjechał lej oraz gra we flaneczki, jak zawsze przecudna, a człowiek-rekin i kobieta-pingwin dawali na niej czadu. Gruby zaś walił z dupy kamieniem, i to dosłownie.

Na wieczór ponownie zamówiliśmy pizzkę, a dzionek dopełniła gra w czółko.

DZIEŃ V - CZWARTEK TO MAŁY PIĄTEK, NA LOGIKĘ DZISIAJ ŚRODA

Był to spaniały dzień, bowiem po pierwsze - udało nam się umówić kajaczki, a po drugie - przyjechał w końcu do nas Bubu! Rankiem jednak odkryliśmy, że stopiliśmy deskę do krojenia na ruszcie podczas wieczornego kulinarzenia dnia poprzedniego. Ale stało się coś? A jaki problem? Odkupiliśmy nową, bo nas stać kuhwa. Z samego rana udało się zabezpieczyć strefę fekalnego skażenia w łazience, a co poniektórzy jedli efekty posiedzenia w tej strefie na śniadanie - było pyszne, niczego nie żałuję. Na stół, poza egzotycznym jedzeniem jakie było już wcześniej, czyli przywiezionymi przez Stasia daktylami, wjechały robaki z chili, również przywiezione przez Stasia. Pyszne, jak zawsze, Ci co nie próbowali niech żałują.

W końcu orzeł wylądował, Borys zabezpieczył swoje klapki z pomocą taśmy aby tym razem nie spadły i wyruszyliśmy na kajaki. Same kajaki były super, jak zawsze. Urokliwe zakręty, leśne korony nad głowami, pogadanki o życiu i pracy, śpiące stadka kaczuszek, fajny nurt, zero jezior... zimna w chuj woda, deszcze, pająki, pijawki... skończyliśmy spływ w momencie, kiedy podstępni i złośliwi Kaszubi zablokowali nam dalszy przepływ z pomocą blokady namorzynowej. I chociaż Mati z Grubą, wspierani przez Grubego i Melo próbowali przebić się przez gąszcz, to wszystko to na nic - kaszubska złośliwość zwyciężyła. Bynajmniej jednak nie powróciliśmy do domku z uczuciem przegranej, i tak chcieliśmy kończyć wyprawę. W tym czasie Mefju urządził sobie popołudniową herbatkę z Jaszczurem, Nevrastem i Człowiekiem-Ptakiem - nie mógł pojechać na kajaki bo KTOŚ wsadził mu w nocy chuja w oko.

Po powrocie Gruba przygotowała nam pszne pierogi z ruskiem (z mięsem mobików), ukraińskie (z twarogiem) i ze szpinakiem, wchłonęliśmy je z lubością. Graliśmy sobie w planszówki przed tym w różne różniste (piszę różne różniste bo nie pamiętam jakie były, chyba Cytadela i Karak), a po posiłku doszło do wielkiego pospolitego ruszenia na leja - Mefju, Gruba i Radzio mieli okazji po raz pierwszy zaznać tej patozabawy psznej bożej.

Potem była siateczka, bardzo okuratna i udana. A następnie, nie pamiętam co było - znaczy jakaś udana zabawa. Może Just Dance? A może Just Dance było w piątek? Chuj, przechodzimy do piątku.

DZIEŃ VI - WYBIŁA PIĄTA NIE ZATRZYMASZ MNIE, WŁAŚNIE PIĄTUNIO ROZPOCZYNA SIĘ

Piąteczek był ostatnim produktywnym dniem zlotu i się nie mogliśmy popuścić się. Wzmocnieni porannymi podpłomykami, byliśmy gotowi - a Stasio wyruszył w drogę powrotną, bo zrywał się ze zlotu troszkę wcześniej. Mark tego dnia przedstawił informacje o statusie finansów stowarzyszenia, które zostały wstępnie zaaprobowane przez członków. Ogłoszono też wyniki I Borysadowego Konkursu Literackiego - wygrał je Yubcio, swoim opowiadaniem o losach dwóch badaczy anomalii w pewnym białostockim domku drewnianym. Nagroda niewątpliwie zasłużona, bo było to dzieło wybitne, mam nadzieję, że wyląduje ono w nieodległym czasie na forum.

Po obiadku, na który złożyło się zrobione wspólnymi siłami leczo, przyszła pora na Boreliadę. Pytania o piosenki o murze berlińskim i głowonogi zostaną z nami na długo <3 Następnie część Borysadowiczy poszła na wyprawę nad jeziorko, a druga część została aby grać w baseball, dwa ognie i raz dwa trzy baba jaga patrzy. A może to było w czwartek? A chuj, nieważne.

Następnie poinhalowaliśmy się balonami (śmiech Radka jak zawsze bezcenny) i zagraliśmy znowu w grę z quizzami, dzięki której nauczyliśmy się m.in. jaka jest brazylijska całka z liczby pierwszej (7). Z czasem wszyscy poszli spać zmęczeni trudnym testem wiedzy - na polu bitwy zostali tylko Borys, Mefju i Radzio, którzy do piątej palili fufu, oraz woluntarystycznie Gruby obudzony odpaleniem na pełną kurwę przy uchu głośnika z Kononowiczem, a potem przeżywający załamanie nerwowe kiedy usłyszał, że te pojeby słuchają bajki o Królewnie Pierdolonie.

DZIEŃ VII - OSTATNI RAZ ZATAŃCZYSZ ZE MNĄ

W sobotę szybko się zebraliśmy i ogarnęliśmy chałupę. Na karku mieliśmy oddech pani właścicielki, a nim się zorientowaliśmy, domek był już oblegany przez panie sprzątaczki.

Na dworzu zrobiliśmy jeszcze tradycyjną aukcję, po czym ze smutkiem musieliśmy się rozstać i powrócić do swych domów. To widzicie :(

W trakcie zlotu działo się więcej - na pewno było więcej planszówek (na 100% Uga Buga, Terraformacja, Samurai Sword, odwrócony List Miłosny, itd.), ale nie pamiętam w jakie dni były grane. Sportu też było co nie miara - kosz, siata, badminton, ping pong, flaneczki, rzucanie agonem, walki na miecze miały miejsce w tle non stop. Poza tym palenie fufu rozpalane przez naszego fufmistrza Mefja, alkoholizowanie się i bezalkoholizowanie się, jedzenie dobrych rzeczy, rozmowy na tematy mniej i bardziej poważne, rozmowy telefoniczne z Jaszczurem i Chromym, było super.

I tak oto wyglądał ten zlot. Jeśli macie jakieś rzeczy o których zapomniałem, albo które przekręciłem - wypiszcie je, choćby hasłowo. Zapraszam 1 - 3 września do Olsztyna, gdzie będziemy świętowali moje urodzinki uguem <3 Tchus!
Awatar użytkownika
Ygrek
Posty: 291
Rejestracja: 2013-10-22, 23:08
Tytuł: Wiecie kim jestem
Has thanked: 3 times
Been thanked: 9 times

Re: IX (VI) Zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Post autor: Ygrek »

Spagety pszne było, pozdrwiam borysade
ODPOWIEDZ

Wróć do „Społeczność masońska”