VIII (nieskończony) zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Zloty, konkursy, przejmowanie władzy i takie tam.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 2574
Rejestracja: 2014-09-23, 19:41
Tytuł: Bóg Losowań
Has thanked: 48 times
Been thanked: 57 times

VIII (nieskończony) zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Post autor: Gruby »

Tutaj można dawać swoje podsumowania zlotu uguem :-) Ja niedługo machnę jakieś
Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 2574
Rejestracja: 2014-09-23, 19:41
Tytuł: Bóg Losowań
Has thanked: 48 times
Been thanked: 57 times

Re: VIII (nieskończony) zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Post autor: Gruby »

Szanowne państwo, kochani moi, postaram się przybliżyć wam oguem Ósmy (Nieskończony ∞) Zlot Loży Masońskiej Borysady, aby wspomnienia były silne zawsze i nie umknęły całe te.


Dzień Pierwszy Wędrowny

Zlot zaczął się w niedzielę i dla ekipy olsztyńskiej wiązał się z długą podróżą z Olsztyna do do Katowic, a potem do Milówki. Jechaliśmy łącznie jakieś 10 godzin i mieliśmy przyjemność zasmakować luksusów TLK w postaci braku gniazdek, klimatyzacji i kibli na pedał, łącząc przywiązanie do tradycji z survivalowym duchem starych zlotów Borysady. Odwiedzając po drodze Warszawę i Katowice, zebraliśmy sążną, potężną ekipę borysadową, która tłumnie wyruszyła już bardziej cywilizowanymi kolejami Śląskimi do Milówki. Poznaliśmy też Radzia, nowy narybek Borysadowy, który odważnie naraził się na kontakt z fekalno-mleczną tłuszczą, nie wiedząc jeszcze co go czeka.

Powrót do Milówki był doświadczeniem magicznym, tym bardziej, że Gruba ogarnęła zakupy oraz zdobyła mistyczną wiedzę o użytkowaniu sauny i jaccuzi. Wzmocnieni napojowymi trunkami (ja nie pijak), w tym chyba czterema zgrzewkami Czarnych Szmat stanowiących większość bagażu Matiego, mogliśmy zamówić pizzę i zacząć świętowanie. Oficjalnie rozpoczęliśmy Zlot Loży, poprzez podpisanie regulaminu i oblanie go najskuteczniejszym środkiem dezynfekującym po który Krul z Kurową udali się dla swego ludu do pobliskich kramów. Pana dostawcę z pizzą przywitał Duch Nieskończonego Zlotu, czyli Gruby i Jaszczur związani balonową ósemką, którzy zanieśli pszne jedzenie do spożycia. Uguem pierwszy wieczór był bardzo spokojny, bo wszyscy zmęczeni po podróży i chcieli się rozlokować i umyć kapska, jedynym incydentem był atak człowieka-ćmy, który ewoluował potem w człowieka-świetlika, i został zgarnięty za przestępstwa seksualne przez motylą policję.


Dzień Drugi Górski

Drugiego dnia postawiliśmy sobie ambitny cel - ponowne odwiedzenie Hali Boraczej. Zaopatrzeni w wodę, środki dopingowe (doustne w formie wziewnej i wlewnej) oraz dobry humor, wyruszyliśmy w drogę. Tym razem znając szlaki, bardzo sprawnie wspięliśmy się do naszego celu, po drodze podziwiając przyrodę, hodowlę kur i wesoło gawędząc. Na szczycie zjedliśmy wzmacniający posiłek oraz napiliśmy się trunków, aby droga przebiegała nam szybciej i sprawniej. Postanowiliśmy zejść inną trasą niż w poprzednim roku - taką pełną kamieni i dróżek pośród pól wystawionych na słońce jak na patelnię. I kiedy w domku Milowskim Kasia i Gruba przewalały pieniądze na nowe ubranka na zakupach, dokazywały w kuchni robiąc spaghetti i pluskały się w jaccuzi, my przedzieraliśmy się przez chaszcze, łamaliśmy nogi na ostrych głazach i walczyliśmy z zaczepnymi jeżynami. Papież polskie góry kochał, dlatego postanowiliśmy przejść się szlakiem papieskim - nikt jednak nie mówił, że będzie to łatwa wyprawa, dlatego w pewnym momencie się zgubiliśmy i Chromy razem z Jaszczurem poprowadzili nas przy siatkach i szkółkach leśnych, abyśmy mogli zaznać nieco ochłody w cieniu i nawiązać zażyłe relacje z okolicznymi kleszczami. Po odpoczynku w puszczy oraz kontemplacji natury, wróciliśmy jednak na szlak i bez problemów dotarliśmy do domku drewnianego.

Po powrocie i zjedzeniu pysznego szpagetti Kasi, reszta wieczoru minęła na pluskaniu się w jaccuzi i saunie. Oczarowani wynalazkami, których na dzikiej północy nie ma, a które i na południu są luksusem, Borysadowicze pluskali się gromadnie pośród bąbelków albo zaciągali kupionymi przez Chromego olejkami typu kamasutra w gorącej saunie, pośród spoconych, męskich, naoliwionych ciał. Gdzieś między wyprawą a jedzeniem, znalazła się jeszcze chwila na ogranie 7 Cudów Świata, ale ten dzień zdecydowanie stał pod znakiem gór i wodnej rekreacji.


Dzień Trzeci Leniwy

Jako że poprzedni dzień wyssał z nas wiele energii tak wyprawą górską, jak i zabawami w niebieskim basenie, a i pogoda nie dopisywało bo lało jak z cebra, to wtorek okazał się dosyć leniwy. Z samego rana nastąpiło spożycie jednostkowe przeze mnie kuchni bombaskiej w postaci kanapki z olejem, czyli trzydniowego hamburgera podsmażonego na olejku, spaniałe i oguem aż się kichać chciało, chyba ze szczęścia. Jako że zabrakło nam ważnych napojów i lekarstw, które po wyprawie w góry okazały się niezbędne, to dzielna drużyna: Jaszczur, Mefu, Kurowa i Gruby, wyruszyła na zakupy, zaopatrzona przez Mamę Kasię w płaszcze przeciwdeszczowe (przez które wyglądaliśmy jak fuzja dementorów, klaunów i półczłowieki-półposzewkinakołdrę). Pozdrawiamy milowieckie służby drogowe, które jako jedyne (nie licząc tira, który nie miał jak się przesunąć na drodze) nas ochlapały wodą przejeżdżając przy krawężników, kiedy inni członkowie ruchu drogowego starali się nas oszczędzić Kappa Wy dranie Kappa

Na obiadek mieliśmy pyszną zupkę buraczkową Kasi, która zagościła już na stale na zlocie. A potem było odpoczywanko - granie w Najlepszą Grę o Pieskach, oglądanie horrorów, Jojo, Castelvanii i indoktrynowanie Radka na Uniwersum Szkolnej 17, poprzez wnikliwą analizę krytyczną powrotu Majora na Szkolną. I tak na spokojnie minął ten dzień i to mam do powiedzenia na ten ten temat.


Dzień Czwarty... dzień czwarty? Dzień Czwarty Sportowy

Po odpoczynku mieliśmy siłę na dokazywanie przez cały dzień. Poranek zaczął się od napadnięcia na Chromego, który w końcu odkrył, że nie jest na zlocie Borysady, tylko na Arenie Tryumfu Żelaznego Ognia. W ramach podziękowania za sesję, nasz szacowny Mistrz Gry musiał odnaleźć dziewięć przedmiotów dodatkowych aby się wzmocnić oraz stanąć przeciwko wielu wyzwaniom - opędzać się od Whalersów, strzelać do lwów, zachować trzeźwy umysł będąc noszonym na rękach, walczyć na miecze, unikać ataków zwierząt Salvatore Ganacciego, a na końcu stoczyć taneczny pojedynek, w trakcie którego pokonał Beatę Kozidrak. Po takiej rozgrzewce, Chromy był gotowy na resztę dnia, a wraz z nim reszta wariatów.

Aby spożytkować dobrze i na sportowo czas, zagraliśmy we flanki, powalczyliśmy trochę na miecze, a potem poszliśmy tłumnie na siatkówkę. W jej trakcie bawiliśmy się jak małe dzieci w piasku, Stasio okazał się serwującym na miarę Haubicy Chromego i mogliśmy zwiedzić okoliczne toi toie oraz przyrodę. Wracając zrobiliśmy zakupy, a co poniektórzy (ja :-| ) tańczyli z osami. Po powrocie zjedliśmy cudny gulasz z plackami ziemniaczanymi przygotowany przez Grubą, po czym zeszliśmy do podziemi imprezowych. Tam, rozegraliśmy Boreliadę przygotowaną przez Borysa pszną, która poszerzyła naszą wiedzę oraz dostarczyła wiele radości dla ich.

Następnie rozpoczęliśmy obrady walnego zgromadzenia członków Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki "Borysada". Dzięki ogromnej pracy Marka oraz protokolantce Pani Anetce, względnie szybko uwinęliśmy się z formalnościami. Po głosowaniach na członków Zarządu oraz Lożę Nadzorczą, oficjalnie (prawie, bo jeszcze trzeba to zdać do sądu) pojawiło się nowe stowarzyszenie na mapie polskich fanów fantastyki, które będzie promowało kulturę, zdrowy tryb życia oraz tekstowe gry fabularne jako takie.

W ciągu dnia graliśmy jeszcze troszkę w planszóweczki, takie jak Bang czy List Miłosny, ale to nieważne, bo w nocy była WIXA! Potańcówka trwała do samego rana, wzmacniana napojami, farbkami, bojowymi okrzykami (JEBAĆ PANDĘ! na rytm Smells Like Teen Spirits) i wspaniałą muzyką. Jednak nad ranem, w trakcie sporządzania tradycyjnej potrawy borysadowej - Zupy Zup - doszło do niewyobrażalnej sytuacji. Spokój i niemal nabożny proces przerwał atak enemy stand userów, w tym samego Dio. Na szczęście na miejscu mieliśmy naszego czempiona - Chromego, który najpierw wypędzał wrogów z kuchenki indukcyjnej, potem poszukiwał Platynowego Wojownika, próbował trafić antagonistów cytryną, a na końcu wyzywał na walkę samego Dio (śpiący w salonie Jaszczur musiał się poczuć zagrożony, bo mmąc przekleństwa między zębami, ukrył się w sali imprezowej, która okazała się najspokojniejszym miejscem w domku podczas tych ekscesów). I chociaż Chromy odniósł wiele ran i musiał potem wypoczywać do 17, to udało mu się zatryumfować i pokonać przeciwników.


Dzień Piąty Grylowy

Piąty dzień znowu był nieco spokojniejszy, ale nie nudny. Dzięki powołaniu stowarzyszenia, zarząd wydał zgodę na owocowe czwartki i razem z osami mogliśmy posilać się jabłuszkami na zielonym gankje. Nie omieszkaliśmy też znowu zażyć nieco sportu, poprzez grę we flaneczki, ale i nieco intelektualnych wyzwań, takich jak gra w Hako Onnę (gra stworzona dla Kasi jako ducha, dwa razy udało jej się strollować grających) czy Xaala. Przez połowę dnia mieliśmy też psznego gryla, na który wrzucone zostały kiełbaski, kaszaneczki, kiszki, papryczki i cukinie. Non stop pracowało też świeżo wyczyszczone jaccuzi z sauną, gdzie stopośmiornice oraz inne pasożyty społeczne mogły się pluskać i wylegiwać, wciągając fufu oraz rozmawiać o życiu. Tyle mam do powiedzenia na ten ten temat.


Dzień Szósty Szczurowodny

Szóstego dnia niestety zabrakło już Shalvana i Buba, którzy musieli wyjechać. Ciężko mówić, z tego powodu że następnego dnia łóżko puste. PUSTE! PUSTE! Gdzie oni są, gdzie oni są, czemu oni nie przychodzą? BUBU WRÓĆ! SHALVAN WRÓĆ!

Pomijając tę stratę od której serce bolesne, dzień spędziliśmy znowu dosyć aktywnie. Graliśmy w planszówki, ranem w Dobry, zły glina i Wybuchające kotki, wieczorem w Colt Express, oglądane filmy były (Spirited Away: Poza Światem). Na obiad mieliśmy pszne pierogi z duuuuuuuuuużą ilością omasty. Dużą część dnia zajęły zabawy w wodne szczury, bowiem chcąc pobawić się w rzucanie balonami z wodą, musieliśmy je najpierw napełnić. Napełnianie 160 niesfornych baloników wiązało się z zalewaniem wszystkiego (acz głównie siebie) i to bynajmniej nie napojami procentowymi. Następnie po tymże setupie, stoczyliśmy epickie bitwy, w trakcie których Jaszczur zarwał w banię, Radek został podstępnie zaatakowany ze stanowiska snajperskiego, doszło do karambolu Kasiowo-Jaszczurowo-Grubego, po Mefufu się ześlizgiwały baloniki jak po kaczce, na Kurowom dokonywano zamachów, Mark zabijał Kasię jak Aurinko Kręcigonów, a dla skromnego skryby co pisze te słowa jajeczka stłuczone były dwukrotnie najpierw przez Grubą, potem przez Mefa (AŁA ZNOWU!), przez co prosiątek nie będzie.

Wieczorkiem rozegraliśmy jeszcze drugą Boryliadę, gdzie pytania przygotowywał Chromy i Gruby, a która okazała się wyzwaniem, nie tylko dla graczy, ale i dla prowadzących. Wieczór upłynął nam pod znakiem sauny, jaccuzi i... sprzątania, bowiem następnego dnia wyruszaliśmy w podróż.


Dzień Siódmy Powrotny

No i stało się, siódmego dnia, po posprzątaniu i ogarnięciu się, wyruszyliśmy w drogę do domu. Smutno dla jego, bo powrót do szarej rzeczywistości zawsze ciężki, ale co zrobić. Drużyna Gdańsko-Olsztyńska najpierw razem pojechała do Katowic, gdzie mogła posłuchać mądrości Ślązaków jadących na wieczór kawalerski, a potem rozstała się na dworcu. Olsztynianie jeszcze zjedli co nieco w arabskiej restauracji, a potem pojechali do swego domu bagiennego. I tak minął ten czas.


Rzeczy, które przewijały się przez cały zlot:
- Sauna i jaccuzi. Oj moczyli kupry i wypacali zmęczonko z organizmu. Dopłacenie za nią było strzałem w dziesiątkę i chyba nikt nie żałował.
- Mefju, nasz Stulejman Sziszobrody, opiekował się sziszą, która również okazała się bardzo przyjemnym, relaksującym dodatkiem. Pufanie fufu towarzyszyło nam przez cały zlot i nawet ci, którzy początkowo byli niechętni, szybko się przekonali, że to dla jego nie szkodzi, że to przyjemność. Miło raz na jakiś czas tak sobie coś podmuchać uguem.
- Balony z wkładką rozweselającą, zorganizowane przez Kurowom i Borysa też jak zawsze cieszyły się sporą popularnością i co jakiś czas dało się usłyszeć czyjś pogrubiony głos. Mi w tym roku udało się po raz pierwszy porządnie nimi nafufać i oguem też polecam, aby wiedzieć jak się czuć niczym bita śmietana.
- Oglądanie Jojo, Castelvanii i Konona również się pojawiało, i chociaż trochę ono rozleniwia, to jest też jakimś sposobem na relaks oraz odpoczynek, więc fajnie było popatrzeć na te szalone przygody
- Na tym zlocie niestety przypałętała się do nas pewna powszechnie znana choroba Kappa Pamiętajcie, że chociaż mogą mówić w telewizji, że już pokonano pandemię, to niekoniecznie to musi być prawda. I chociaż wszyscy się dobrze czują, to uważajcie szczególnie na swoich starszych bliskich i rodziny, bo oni mogą nie mieć tak zahartowanych organizmów jak my, potężni Borysadowicze.
- agon kradł śmieci x]

Przemyślenia pozlotowe:
- uguem nieco spokojniejszy zlot niż zazwyczaj, ale bardzo dobrze. Było dużo okazji do porozmawiania, prawdziwego odpoczynku, relaksu. To też pierwszy zlot od paru lat, przy którym ja osobiście miałem taki spokój ducha i poczucie, że wszystko jest w porządku, bez żadnych zjazdów, dlatego tym milej będę go wspominał.
- bardzo miło było poznać Radka aka Benroka, który szybko chłonął kulturę Borysadową i nawet na Boryliadzie mógł szybko wykorzystać nowonabytą wiedzę (Drink Chromego). Mam nadzieję, że zostanie z nami na dłużej i pomoże nam obalić złych tyranów w najbliższej rundzie v11.
Awatar użytkownika
Borys
Krul
Posty: 5500
Rejestracja: 2013-02-16, 17:21
Tytuł: Wielki Chan Borysady
Has thanked: 44 times
Been thanked: 42 times

Re: VIII (nieskończony) zlot Loży Masońskiej Borysady - podsumowania

Post autor: Borys »

No dzień dobry. Ksiek zamknij okno. Dziękuję dla Ciebie.

Wyjechaliśmy w sobotę opóźnionym Intercity z krainy tczewskiej pociągiem. Podróż minęła nam na rozwiązywaniu krzyżówek, opieraniu się przed otworzeniem czarnej szmaty i próbie snu. Bubowi i Kurowej udało się trochę spać, mi mniej. Zasnąłem na trzydzieści minut i obudził mnie telefon. Patrzę - Stasio. "O kurde". Wyglądam przez okno. "Katowice". Dobrze, że zadzwonił, bo byśmy pojechali do Czech 2-) a drugi raz dzwonił, bo za pierwszym twardo spałem.
No więc zebraliśmy się i poszliśmy do Muzeum Śląskiego. Tam się zgubiliśmy ze Stasiem, który pomyślał, że na pewno poszliśmy do galerii przy dworcu 20 minut dalej. A nie było zasięgu w dawnej kopalni. Muzeum bardzo ładne, dużo polskiej sztuki i przemyślana ekspozycja ukazująca historię śląska.
Potem poszliśmy zjeść z Chromym, Markiem i Radkiem burgera, bo dojechali do Katowic. Tam dotarł do nas po kilku perypetiach Stasio. Posililiśmy się, a następnie na dworcu napotkaliśmy Olsztyniaków z Jaszczurem.
W Milówce czekała już na nas Gruba. Ogarnęliśmy się, zjedliśmy pizzę, a potem wieczór mijał na rozmowach. Tak jak mój przedmówca mówił: zaatakował nas cowiek ćma, a wcześniej Jaszczur napastował Grubego penesem, ale to nie wstyd dla jego. Była też inicjacja, żeby przypomnieć, że nie jesteśmy sektą.
Tu poprawiam mojego spasionego kolegę: po wódę poszliśmy ja z Chromym. Potem zapowiedziałem rychłe rozpoczęcie v11 i otworzenie Borysadopedii.
W poniedziałek wyszliśmy w góry. Wróciliśmy z bardzo dobrym czasem. Zagraliśmy w Cienie Amsterdamu, zjedliśmy szpageti warmiańskie
Obrazek
a reszta wieczoru jacuzzi, sauna, szisza.
We wtorek było deszczowo. Jacuzzi, sauna, szisza i wieczorem film "Uciekaj!" w sali kinowej. Ogółem pamiętam, że bieganie półnago mi nie posłużyło i trochę się zaziębiłem. Ale aspirynka, herbatka i mi przeszło. Podejrzewam jednak, że to osłabienie organizmu poskutkowało wiadomo jakim gównem pod koniec zlotu.
Na obiadek była pyszna zupka.
Obrazek
W środę zrobiliśmy inicjację Chromemu (niech poczuje to co my!), powalczyliśmy na miecze, zagraliśmy we flaneczki, a potem poszliśmy na siatę. W tym roku grało się naprawdę super, ostatnią tak długą grę pamiętam na 4 zlocie. Było sporo rubasznej zabawy, kilka naprawdę konkretnych akcji, udanych ataków, bloków, zagrywek haubicy, zdechłych myszy. Gruby często stawiał przed dylematem: "wygrać grę czy wyjebać piłkę kopniakiem". Wiadomo co wybrał.
Na obiad gulasz ognisty
obrazek

a potem zagraliśmy w Boreliadę (padalec Kappa). Wieczorem pani Anetka protokołowała założenie Stowarzyszenia, a kiedy dokonało się, to rozpoczęła się zajebista imprezka na poziomie tych zeszłorocznych. Wszyscy szampańsko się bawili, a radosnych harców nie było końca. Przed 4 zaczęliśmy się zwijać, lecz padła propozycja zupy zup. Chromy zaczął odgrywać jakieś sceny z Jojo i darł mordę: "Dioooo!" Nagle! Z salonu wychodzi wkurwiony Jaszczur i mówi nam, że jest środek nocy i chce spać.
Po pewnych perypetiach udało się położyć Chromego spać Kappa a potem na szczęście przyszła Gruba i wytłumaczyła, że zupa zup od pół godziny się nie grzeje, bo to nie ten garnek Kappa Kappa Kappa no i zjedliśmy i zasnęliśmy.
W czwartek obudziłem się ze zdartym gardłem i cały poobijany. W końcu darliśmy się całą noc, no i poobijałem się przy mieczach i siacie. Dużo leżałem i nie miałem sił wstać. Ostatkiem sił zagrałem we flanki (ale nie miałem siły schylić się po piwo ;((( ), był gryl
Obrazek
no i reszta się świetnie bawiła całą noc przy planszówkach i w jacuzzi. Ja leżałem wiadomo z jakim gównem, z którym na szczęście nasz rząd wygrał i problemu już nie ma.
W piątek robiłem co mogłem, żeby siedzieć z innymi. Pooglądałem rzucanie balonami. Udało mi się zebrać siły na Boreliadę Chromego i Grubego (książki o Harrym Potterze, Panda, magikarp), zagrałem w Colta, zjadłem pierogi. Nawet w jacuzzi wylądowałem.
Obrazek
Wieczorem jeszcze obejrzeliśmy horror (Obecność 2).
A w sobotę pojechaliśmy do domu i skończyło się.
Jack: Wilhelm, wanna come work for me and open a vault?
Wilhelm: No.
Jack: I'll pay you a million dollars.
Wilhelm: Okay.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Społeczność masońska”